sobota, 3 stycznia 2015

SERIALE: "Growing up Fisher", czyli rodzinna niedoskonałość

Współczesne seriale familijne mają to do siebie, że jest ich niewiele, a jeśli już - to pomijając od lat popularne "Modern Family", dość szybko kończą swój telewizyjny żywot. Wiele z nich na pewno niesłusznie, choć najważniejszym powodem anulowania danej produkcji są, rzecz jasna, mierne wyniki oglądalności. Nie inaczej było z "Growing up Fisher", choć aż dziw bierze, bo i fabuła, i dialogi, i gra aktorska są na naprawdę wysokim poziomie.

Warto dodać, że ten ciepły, rodzinny serial porusza problem niepełnosprawności, który nie dość, że w telewizji pojawia się rzadko, to na dodatek tutaj stwarza przyczynek do wielu zabawnych gagów. Akcja "Growing up Fisher" skupia się na Melu Fisherze (w tej roli świetny J. K. Simmons, znany m.in. z występów w filmie "Up in the air" czy "Juno") - ojcu rodziny, który jest niewidomy... i z powodzeniem udaje mu się ten fakt ukrywać przed ludźmi. Mężczyzna nie widzi od 12-tego roku życia, a mimo to kończy szkołę, studia prawnicze i zakłada rodzinę. Ponadto Mel potrafi prowadzić samochód (ma nawet prawo jazdy!) i mieszka sam w dużym mieszkaniu, do pewnego momentu zupełnie nieprzystosowanym do osoby niewidomej. Jak mu się to wszystko udaje? Mel jest po prostu człowiekiem pozytywnie nastawionym do życia, no i charakteryzuje go pewna cecha charakteru - przebiegłość - pozwalająca ukrywać niepełnosprawność nawet przed własnymi pracownikami.

Należy dodać, że Mel nie jest tu najważniejszy. Pierwsze skrzypce gra bowiem jego syn Henry - sympatyczny, wiecznie uśmiechnięty nastolatek, narrator każdego odcinka. Pomimo rozwodu rodziców, chłopiec ma bardzo dobry kontakt z ojcem; do momentu, w którym Mel decyduje się na psa-przewodnika, Henry czuje się jakby sam był jego "oczami", co nierzadko doprowadza do zabawnych sytuacji (np. przed ważnym, pracowniczym spotkaniem Mela, chłopiec informuje ojca, gdzie kto siedzi i jak wygląda po to, aby ten nie musiał zdradzać swojej ułomności). Dla Eliego Bakera - aktora grającego Henry'ego - rola w "Growing up Fisher" jest zupełnym debiutem na ekranie, a mimo to chłopiec radzi sobie naprawdę dobrze, i to dzięki niemu nie chce się odchodzić od telewizora przez całe dwadzieścia minut.

Ważnymi postaciami są tu także matka Henry'ego - Joyce (w tej roli Jenna Elfman) oraz starsza siostra chłopca - Katie (Ava Deluca-Verley). Kontakt matki z córką również jest specyficzny - ta pierwsza chce być równą kumpelą, ta druga natomiast chciałaby, jak sama to określa, "normalną matkę", a nie udającą nastolatkę prawie czterdziestolatkę.

"Growing up Fisher" jest w swojej formie bardzo podobny to emitowanego w latach 2013-2014 serialu komediowego pt. "The Michael J. Fox", w którym główny bohater zmaga się z chorobą Parkinsona, a jednocześnie stara się być wciąż pomocną głową rodziny. Niestety - oba seriale nie zagrzały na antenie dużo czasu; oba skasowano po wyemitowaniu zaledwie pierwszego sezonu. Jak wspomniałem wcześniej - w głównej mierze przyczyniły się do tego słabe wyniki oglądalności, choć mnie akurat dziwi, dlaczego Amerykanie nie chcą oglądać takich produkcji. Owszem - nie porusza się w nich wątku homoseksualizmu i imigrantów (vide od lat nagradzane "Modern Family") ani różnic kulturowych pomiędzy ludźmi. Czy więc zwyczajna rodzina mająca przyziemne problemy oraz dzieci, które nie piją/ćpają/nie uprawiają seksu, to już zbyt nudny obraz, nie warty we współczesnym świecie uwagi? Obejrzyjcie dwa, trzy odcinki obu seriali (tzn. "Growing up Fisher" oraz "Michael J. Fox") i spróbujcie sami sobie odpowiedzieć na to pytanie.

wtorek, 11 listopada 2014

SERIALE: "Zbrodnia", czyli jak to wygląda po polsku

Nie przesadzę, twierdząc, że serial "Zbrodnia" produkowany i emitowany przez stację AXN pojawił się nagle i znienacka. Bez dużej kampanii reklamowej oraz trailerów zapowiadających serial kilka miesięcy przed premierą, czyli odwrotnie, niż "Wataha". Mimo to, kryminał AXN-u można chyba traktować jako konkurencję dla HBO-owej "Watahy", ponieważ obie produkcje pojawiły się mniej więcej w tym samym czasie i obie to rasowe kryminały. W tym tekście zamierzam jednak skupić się wyłącznie na "Zbrodni", która 2 tygodnie temu doczekała się finału i można ją oceniać już całościowo.

Od razu należy napisać, że "Zbrodnia" jest polską wersją szwedzkiego serialu "Morden i Sandhamn", który jest adaptacją powieści "Na spokojnych wodach", autorstwa Viveci Sten. Powieść ta była debiutem pisarskim Sten, o której można powiedzieć wiele (np. to, że pracuje jako prawniczka w szwedzko-duńskiej poczcie PostNord), ale nie to, że jest popularna. To duży plus dla polskich producentów; z jednej strony przedstawili nam coś niemal nieznanego, z drugiej natomiast zapewne zaoszczędzili sporo pieniędzy, kupując prawa do ekranizacji mało znanej książki i mało znanego serialu.

Głównym bohaterem "Zbrodni" jest 30-paroletni komisarz Tomasz Nowiński. Jak to bywa często w tego typu produkcjach, Nowiński to nietypowy (czyli typowy) policjant, borykający się z wieloma problemami. Jest rozwodnikiem i cierpi na bezsenność, a smutki i rozczarowania topi w alkoholu. Nie jest to więc nic nowego, czego dotąd nie było w powieści czy serialu kryminalnym. Ale grający tę rolę Wojciech Zieliński wypada dobrze i przekonująco; czasem tylko zgrzytają wypowiadane przez niego dialogi, które brzmią sztucznie, lecz to już wina scenarzystów, a nie samego aktora.

To, co intryguje w "Zbrodni", to nie samo pytanie: "Kto zabił?", a... miejsce akcji. Otóż, akcja rozgrywa się w nietypowych jak na polskie warunki sceneriach Półwyspu Helskiego - miejsca, które ma niezwykły potencjał, lecz wykorzystuje się je nader rzadko. W serialu inspirowanym skandynawskimi produkcjami prezentuje się jednak idealnie; jest wietrznie i chłodno, a Bałtyk dodaje temu wszystkiemu świetny klimat nudnego, nadmorskiego miasteczka, w którym pewnego dnia dochodzi do morderstwa. Ujęcia kręcone dronami jeszcze bardziej uświadamiają widzowi, jak intrygujący jest Półwysep Helski.

Nie będę się skupiał na fabule, bo nie o to tutaj chodzi. Napiszę tylko, że warto "Zbrodnię" obejrzeć. Choć dialogi czasami kuleją, a akcja zdaje się zbyt szybko pędzić do przodu (serial ma tylko 3 odcinki - mógłby mieć co najmniej 5 i wówczas prezentowałby się o niebo lepiej), to stoi o kilka poziomów wyżej od innych produkcji polskich, którymi karmią nas telewizje. Przy okazji można zobaczyć rodzimych aktorów w innych, niż dotąd rolach, tzn. lepszych: są tu Radosław Pazura, Magdalena Boczarska, Magdalena Zawadzka oraz Dorota Kolak - mająca chyba najlepszą rolę w "Zbrodni". Finał nie porywa (rozwiązanie nieco naciągane i przewidywalne), lecz jeśli Polacy są w stanie robić takie seriale, to znaczy, że mogą naprawdę wiele.

niedziela, 9 listopada 2014

RECENZJA KSIĄŻKI: Carl-Johan Vallgren - "Człowiek, który zostawił po sobie cień"

Pierwszy kryminał spod ręki Carla-Johana Vallgrena, to mroczna opowieść snująca się jak tytułowy cień pomiędzy ciemnymi sztokholmskimi uliczkami, do których lepiej nie zaglądać po zmroku. Oprócz umieszczenia nieodzownego w takiej powieści wątku kryminalnego, autor porusza także ważne, lecz nierzadko traktowane jak tabu, kwestie; to narkomania, wychodzenie z kompletnego dna i beznadziei oraz tajemnicze zaginięcia ludzi, po których ślad się dosłownie urywa.

W "Człowieku, który zostawił po sobie cień", najważniejszym wątkiem jest zaginięcie 7-letniego Kristoffera Klingberga w czerwcu 1970 roku. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, nic nie zapowiada tragedii, która aż do śmierci będzie spędzać sen z powiek rodziców chłopca. Tego feralnego dnia Kristoffer wraz z ojcem i młodszym bratem śpieszy się do metra na pociąg, który lada chwila ma się pojawić na peronie. Ojciec chłopców jest zły sam na siebie, bo w oczekiwaniu na Kristoffera (którego odbierał z urodzin kolegi) zdążył wypić kilka piw i teraz nie czuł się najlepiej. W pewnym momencie starszy syn prosi, by pozwolił mu zjechać na peron windą, podczas gdy on z młodszym dzieckiem pojadą ruchomymi schodami. W panującym wokół zamęcie ojciec przystaje na propozycję. Prosi Kristoffera, by ten zaczekał na nich na dole. Kiedy jednak zjeżdża z Joelem (drugim synem) na peron, 7-latka nie ma. Zniknął. Rozpłynął się w powietrzu.

Tak oto zaczyna się tragiczna historia rodziny Klingbergów, którzy już zawsze będą cierpieć po utracie syna, wnuka i brata. Vallgren w kolejnych rozdziałach przenosi fabułę do czasów współczesnych, a głównym bohaterem ustanawia Danny'ego Katza - lingwistycznego i komputerowego geniusza, byłego tłumacza w siłach zbrojnych, z mroczną przeszłością. Tak mroczną, że aż dziw bierze, iż udało mu się wykaraskać z bagna, w którym przez lata żył.

Danny Katz to obecnie zwyczajny człowiek, który prowadzi niewielkie biuro tłumaczeń w Sztokholmie. Żyje skromnie i spokojnie, bez szaleństw starcza mu na życie i drobne przyjemności. Burzliwa młodość wciąż jednak daje o sobie znać; nie tak łatwo bowiem zapomnieć kilkanaście lat życia na krawędzi - kradzieży, włamań i uzależnienia od heroiny. Traumatyczne wspomnienia wciąż dają o sobie znać, Katz czasem nawet śni, że znów jest uzależniony od narkotyków.

Równie ważnym bohaterem jest Joel, czyli młodszy z Klingbergów. Katz poznaje go w trakcie nauki w szkole wojskowej. Obaj nastolatkowie z miejsca stają się przyjaciółmi. Po latach ich znajomość jednak zaniknie, a wszystkie wspomnienia wrócą, kiedy Joel Klingberg także zaginie. Wówczas o pomoc Katza prosi żona Klingberga, Angela. Ma nadzieję, że Katz będzie w stanie jej pomóc. Główny bohater chwilę się waha, ostatecznie jednak wyraża zgodę. Odnalezienie Joela (lub przynajmniej jego zwłok) nie będzie jednak łatwe. Katz sam stanie się ofiarą wysoko postawionych ludzi, po których nigdy by się nie spodziewał, że mogą być w tę sprawę zamieszani.

Powieść Vallgrena czyta się szybko i łatwo, choć pod koniec akcja nieco spowalnia, jakby w obawie przed rychłym zakończeniem. Mimo iż przez 3/4 książki bohaterem pierwszoplanowym jest Katz, to później na jego miejsce wskakują także inne osoby. Nie jest to oczywiście złe, bo akcja wciąż pędzi do przodu i logicznie trzyma się faktów, ale jednak wolałbym przez całą książkę mieć do czynienia wyłącznie z samym Katzem.

Carl-Johan Vallgren, wydając "Człowieka, który zostawił po sobie cień", zapowiedział początek serii z Dannym Katzem. W Szwecji wydaje ją pod pseudonimem Lucifer.

Autor: Carl-Johan Vallgren
Tytuł: Człowiek, który zostawił po sobie cień
Wydawca: Amber
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 319

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Amber

sobota, 25 października 2014

RECENZJA KSIĄŻKI: Stephen King - "Doktor Sen"

Zeszłoroczna powieść Stephena Kinga wzbudziła wśród czytelników (tych stałych, ale i tych mniej stałych także) nie lada poruszenie. Oto bowiem Król Stefan oświadczył, że jego kolejna książka będzie... kontynuacją "Lśnienia".

Aż 36 lat trzeba było czekać na nowe przygody Dana Torrance'a. Życie kilkuletniego chłopca, którego pamiętamy z "Lśnienia" nie przebiegało jednak zbyt szczęśliwie i wydaje się wręcz, że to od momentu zamieszkania w hotelu Panorama w 1977 roku, wszystko zaczęło się psuć. Niewinny dzieciak z paranormalnymi zdolnościami nie miał łatwego życia; traumatyczne przeżycia z dzieciństwa, w tym śmierć ojca, stały się głównym bodźcem do marnowania sobie życia. Dorosły Dan Torrance to alkoholik, nie stroniący również od twardych narkotyków, wiecznie spłukany i nierzadko bezdomny menel. Dorosły Danny nie ma nikogo, kto mógłby mu pomóc; matka umarła wiele lat temu na raka, a on sam nie miał nikogo innego. Stoczył się, zapomniany i odrzucony przez wszystkich.

Tak mniej więcej przedstawiają się losy głównego bohatera na pierwszych kilkudziesięciu stronach książki (a jest ich, bagatela, prawie 700!). Stephen King zrobił czytelnikom niezłego psikusa, kreśląc postać Torrance'a niemal jako antybohatera, którego trudno polubić. Przy okazji pokazał, że w książce - tak jak w życiu - wszystko się zmienia; niewinne dzieci mogą stać się okropnymi dorosłymi, wybitnie uzdolnione kompletnymi głupkami, a szare myszki okazać się prawdziwymi geniuszami. Nic nie jest pewne. Wszystko da się zmienić.

"Doktor Sen" przedstawia 3 historie, na pierwszy rzut oka niepowiązane ze sobą, lecz z kolejnymi rozdziałami wyraźnie łączy je coś wyjątkowego. Po pierwsze, poznajemy losy Dana Torrance'a po 36 latach od tragicznych wydarzeń w hotelu Panorama. Po drugie, pewne małżeństwo, którego córka wykazuje niezwykłe zdolności paranormalne - potrafi, na przykład, siłą umysłu zawieszać sztućce na suficie... Po trzecie, narrator przedstawia historię dziwacznej grupy osób, która przemierzając Amerykę, morduje ludzi. Nie są oni jednak prymitywnymi mordercami; ich także wyróżniają pewne umiejętności oraz dar, którego nikt oprócz nich nie posiada, a mianowicie - nieśmiertelność.

"Doktor Sen" to opowieść drogi. Opowieść o zmianach w życiu, które nie zawsze są zgodne z naszymi marzeniami i zamiarami. To wreszcie opowieść o ludziach wyjątkowych, którzy czasem nie rozumieją własnych zdolności, czasem ich nie doceniają, niekiedy wykorzystują do parszywych celów... Stephen King, tworząc tę kontynuację pokazał, że wciąż potrafi świetnie pisać. Różnice pomiędzy "Doktorem Snem" a "Lśnieniem" są dość wyraźne (chociażby inny styl czy inny sposób prowadzenia wątków), co pokazuje, jak bardzo czas zmienia świat i ludzi.

Autor: Stephen King
Tytuł: Doktor Sen
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 653

wtorek, 14 października 2014

FILMY: "El Cuerpo", czyli dlaczego nie warto zadzierać z kobietami

Jakoś tak się składa, że dotąd nie byłem fanem hiszpańskich filmów. Głównie dlatego, iż niewiele ich widziałem, bo Polacy raczej o hiszpańskiej kinematografii nie piszą, a stacje telewizyjne wolą emitować po raz tysięczny to samo; po drugie, te, które akurat miałem okazję obejrzeć (a było ich zaledwie kilka) jakoś nieszczególnie do mnie przemawiały, np. dziwaczne "Rec 3: Geneza". Bywa jednak, że najlepsze rzeczy trafiają się przypadkiem lub na "chybił-trafił" i "El Cuerpo" idealnie wpasowuje się w tę teorię.

"El Cuerpo", czyli w polskim tłumaczeniu "Trup", to rozgrywający się współcześnie mroczny kryminał. Wszystko tu dzieje się wśród cieni, mrocznych zaułków i wiecznie padającego deszczu. Na dodatek muzyka, ze szczególnym uwzględnieniem smyczków, sprawia, że włos się jeży na głowie, i nie tylko... Klimat tej produkcji z 2012 roku to coś, co jest największą zaletą filmu.

Głównym bohaterem "El Cuerpo" jest dobiegający 40-stki profesor matematyk, Alejandro "Alex" Ulloa Marcos. Facet ewidentnie przechodzi kryzys wieku średniego, a będąc pół życia pod pantoflem silnej i bogatej żony, dochodzi w końcu do wniosku, że chce coś w swoim życiu zmienić. Grający rolę uczonego hiszpański aktor Hugo Silva stworzył postać tchórzliwego, a czasem wręcz powodującego irytację u widza Alejandra, który - gdyby nie żona - prawdopodobnie w ogóle niczego by w życiu nie osiągnął. Oczywiście, pantoflarzem jest do czasu, kiedy zakochuje się w jednej ze swoich studentek, Carli Miller. Jego żona - Mayka - wkrótce zaczyna się wszystkiego domyślać. I wtedy robi się niebezpiecznie...

Fabuła jest dość prosta, ale zwroty akcji i świetne dialogi powodują, że przez niepełne 2 godziny trudno oderwać wzrok od ekranu. Oto bowiem żona profesora niespodziewanie umiera, a niedługo potem jej ciało... znika z kostnicy. Co się z nim stało? Kto i kiedy je ukradł, a poza tym - co kierowało złodziejem? Na te pytania próbuje odpowiedzieć prywatny detektyw Jaime Pena i jego zespół. Oczywiście na pierwszy ogień biorą oni najbliższą Mayce osobę, czyli Alexa. Mimo to, do końca filmu wydaje się, że sami nie wiedzą, kto dokonał zabójstwa (i czy w ogóle dokonał), ani gdzie jest owo ciało.

Akcja goni akcję, co kilka minut sprawa prezentuje się inaczej, i widz zupełnie nie wie, co jest grane. Między śledztwem pojawiają się retrospekcje Alexa, i jak na dłoni widać, że jego relacje z żoną wcale nie były idealne. Wszyscy tu wydają się kryć jakąś mroczną tajemnicę; nawet detektyw Pena od lata boryka się z traumą, która na zawsze zmieniła jego życie.

"El Cuerpo" to kinowy debiut reżyserski Oriol Paulo, 39-latka urodzonego w Barcelonie. Oglądając film, widać, że reżyser bardzo się przyłożył do swojego pierwszego dzieła, ponieważ brak tu upchniętych na siłę scen, dziwacznych rozwiązań fabularnych czy kiepskiej gry aktorskiej (jak to się często przy debiutach zdarza). Film był nawet nominowany do prestiżowej hiszpańskiej nagrody w 5. kategoriach, lecz statuetkę przyznano mu jedną - za pierwszoplanową rolę profesora Alexa otrzymał ją wspomniany wyżej Hugo Silva. I słusznie, bo gra tu bardzo przekonująco.

Na uwagę zasługuje także znakomicie napisana postać żony profesora - bogatej bizneswoman Mayki. Poczucie humoru tej kobiety sprawia, że z ochotą sam bym ją ukatrupił, dlatego koniecznie polecam ten film, by zrozumieć, o co mi chodzi. Reżyser wodzi widza za nos, sugeruje albo wręcz daje na tacy mordercę, lecz ostatecznie sprawa wygląda zupełnie inaczej, niż się tego ktokolwiek spodziewa... 2-godzinny seans z "El Cuerpo" nie będzie więc czasem straconym, a sam kryminał potwierdza moją tezę, że najlepsze kryminały robią Europejczycy.

niedziela, 28 września 2014

RECENZJA KSIĄŻKI: 50 Cent - "Szacunek ulicy"

Gdybym miał młodsze rodzeństwo (takie w wieku gimnazjalnym), bez wahania poleciłbym mu tę książkę. Sygnowany pseudonimem 50 Centa "Szacunek ulicy" to nie tylko produkt marketingowy, lecz przede wszystkim świetna, pouczająca opowieść o chłopcu zagubionym w świecie dorosłych.

Głównym bohaterem "Szacunku ulicy" jest Buła - czarnoskóry 13-latek oraz Liz - pani psycholog, do której chłopiec jest zmuszony uczęszczać po pewnym szkolnym incydencie. Rodzice Buły jakiś czas wcześniej rozwiedli się i właściwie od tego momentu Buła nieustannie pakuje się w kłopoty. Choć sam nie zdaje sobie z tego sprawy, rozwód rodziców jest dla niego traumatycznym przeżyciem, o którym wciąż trudno mu zapomnieć. Buła przeprowadza się bowiem z metropolii do małego miasteczka (którego szczerze nienawidzi), cierpi z braku stałego kontaktu z ojcem, a w dodatku swemu jedynemu przyjacielowi spuszcza bez powodu łomot, dodajmy - dość wymyślny łomot...

Przez większość krótkich rozdziałów obserwujemy rozmowy pomiędzy Bułą a Liz, do której gabinetu chłopiec przychodzi dwa razy w tygodniu. Niechętnie opowiada o sobie, o swoich troskach i radościach, choć czytelnik bez problemu jest w stanie zinterpretować większość zachowań Buły. Chłopiec nie docenia wysiłków matki, która haruje po kilkanaście godzin dziennie, by jakoś związać koniec z końcem, natomiast niemal pod niebiosa wynosi swego ojca; nieodpowiedzialnego lowelasa, który syna ma tak naprawdę gdzieś; często wyśmiewa jego otyłość, a jego samego traktuje jak piąte koło u wozu. Z tego prawdopodobnie wynikają kompleksy chłopca. Oczywiście Buła to wszystko widzi, lecz i tak ojciec jest dla niego najważniejszy.

Przez długi czas niewiele się w życiu Buły zmienia; chłopiec nie umie się dogadać z matką, nie ma kolegów, lunche jada w... szkolnej toalecie dla niepełnosprawnych, a na dodatek wkurza się, że musi chodzić na spotkania z psychologiem. Coś się jednak zmienia w jego zachowaniu dopiero, kiedy zaprzyjaźnia się z Nią - koleżanką ze szkoły, która Bule się bardzo podoba. Trochę jakby dojrzewa? A może dostrzega, jakie dotąd przykrości wyrządzał innym ludziom? Trochę tak jest - chłopiec nawet chce zyskać zaufanie dziewczyny, lecz wszystko z własnej winy psuje w ciągu jednej chwili... Od tej chwili czuje się jeszcze parszywiej.

W "Szacunku ulicy" akcja, mimo że jej praktycznie nie ma, bo wszystko niemal rozgrywa się w gabinecie Liz, jest wartka i kilka razy zapiera dech w piersiach; za każdym bowiem razem Buła opowiada pani psycholog najważniejsze wydarzenia mijającego tygodnia. To bardzo ciekawa rzecz. Chłopiec uważa się za silnego i dorosłego mężczyznę, zupełnie nie żywi sympatii do Liz, ale to właśnie rozmowy z nią, a raczej wygłaszane przez Bułę monologi, pozwalają mu pozbyć się skłębionych w środku, złych emocji. Nawet, gdy Liz przez całą godzinę milczy. Chłopiec, trochę odtrącony przez ojca i nie czujący wsparcia od zapracowanej matki, potrzebuje po prostu, by go ktoś wysłuchał. Tylko tyle i aż tyle.

W pewnym momencie "Szacunku ulicy" następuje zwrot akcji, którego sam zupełnie się nie spodziewałem (choć powinienem, bo sam wątek przewija się dość regularnie). Nie mogę jednak zdradzić o co chodzi, ponieważ jest to dość ważny element fabuły, zmieniający w życiu Buły dosłownie wszystko - powiem tylko, że na lepsze. Jakkolwiek jednak by nie było, jest ów wątek dość kontrowersyjny i zapewne nie wszystkim się czytelnikom takie rozwiązanie się spodoba.

"Szacunek ulicy" 50 Centa i widniejącej wewnątrz książki Laury Moser, tak jak wspomniałem, jest świetną pozycją przede wszystkim dla młodszych czytelników. Oni najlepiej zrozumieją codzienne problemy Buły, takie jak odrzucenie przez grupę, kompleksy, pasję czy pierwsze zauroczenie. Starszym czytelnikom książka także może przypaść do gustu, choć będą oni zapewne nieco inaczej postrzegać Bułę; jako wymagającego uwagi zagubionego chłopca, który początkowo wydaje się nie doceniać wysiłków matki, by koniec końców zrozumieć, jak bardzo go ona kocha.

Autor: 50 Cent
Tytuł: Szacunek ulicy
Wydawca: SQN
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 319

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu SQN

piątek, 26 września 2014

SERIALE: "The Last Ship", czyli ostatnia nadzieja ludzkości

To nie jest jakiś wyjątkowy serial, oparty na fabule, której nigdy wcześniej nie dane mi było poznać. Historia o załodze marynarki wojennej pojawiała się w kinie i telewizji wiele razy i od dawna jest sprawdzonym przepisem na pokrzepienie serc Amerykanów. Zwłaszcza obecnie wydaje się, że taki serial wręcz musiał powstać. "The Last Ship", mimo ogranego pomysłu, bije jednak na głowę większość debiutujących w tym roku produkcji.

Jest mimo wszystko pewna rzecz, która pozwala ten serial nazwać oryginalnym. Twórcy wymieszali bowiem wiele ogranych wątków i stworzyli coś na wskroś nowego; jest tu, jak wspomniałem, załoga marynarki wojennej ze wszystkimi swoimi problemami prywatnymi i zawodowymi (romanse, tęsknota za rodziną, chęć zrobienia wojskowej kariery), jest tajemniczy wirus, którego dotąd nikt nie umie pokonać (vide "The Strain"), jest w końcu konflikt z Rosją, czyli "coś na czasie", a jednocześnie wyraźnie odwołujące się do "Polowania na Czerwony Październik". Czytelnicy książek, znający natomiast uniwersum Stalkera, w wątku science-fiction również znaleźliby podobieństwa do tej serii... Oto bowiem prawie cała ludzkość ginie, zarażona tajemniczym wirusem, rządy państw upadają, i tylko gdzieniegdzie grupki uzbrojonych rebeliantów usiłują przetrwać zagładę. Czy im się uda? Czy dożyją dnia, w którym naukowcy opracują szczepionkę przeciwko wirusowi? 

O tym dowiecie się, oglądając "The Last Ship". Jeśli jednak mam nakreślić w kilku zdaniach fabułę, to wygląda ona tak: oto załoga niszczyciela marynarki wojennej U.S.S. Nathan James, spędza kilka miesięcy na Arktyce. Naukowcy prowadzą ważne badania, zaś mundurowi czuwają nad ich bezpieczeństwem. Przez te kilkadziesiąt dni załoga nie kontaktuje się z lądem - na prośbę rządu. Gdy jednak któregoś dnia naukowcy zostają ostrzelani przez rosyjskie helikoptery, kapitan Tom Chandle decyduje się nawiązać kontakt ze swoimi ludźmi w USA (trochę to wszystko naciągane, ale przymknąłem oko). Czego się dowiaduje? Że tajemniczy wirus, który po raz pierwszy zaatakował w Egipcie, rozprzestrzenia się z niebywałą szybkością; że wielu ludzi już zginęło, w tym na 90% także rodziny marynarzy. Dla 270-osobowej załogi jest to szok, ale nieustraszony kapitan Chandle (w tej roli Eric Dane, znany z roli Marka Sloana w "Chirurgach") stara się utrzymać wszystko w ryzach. Bo przecież trzeba dalej żyć.

To, co mi się nie podoba w tym serialu, to rzecz, która przewija się przez większość takich produkcji. Jak zwykle to silni i odważni Amerykanie stają w obronie ludzkości. I jak zwykle robią to po to, by przysłużyć się swojej ukochanej Ameryce. Mniej więcej takie zdania pojawiają się nawet w dialogach wygłaszanych przez aktorów, co według mnie ujmuje naturalności. Czy bowiem naprawdę w momencie zagrożenia życia, dwu marynarzy rozmawiałoby o miłości do swej ojczyzny? Zupełnie tak, jakby ludzie na całej planecie trzymali kciuki za powodzenie ich misji (która przecież dobiegła końca), a ich niszczyciel był niczym Arka Noego ze zdrowymi mężczyznami i kobietami każdej rasy (oraz wyznania i orientacji seksualnej - serio!).

Mimo tych niedoskonałości (choć dla innych może to przecież nie grać roli), serial ogląda się dość dobrze. Fabuła trzyma się kupy, zagadkowa epidemia jest intrygująca, a aktorzy grają naturalnie. W pierwszych odcinkach niemal brak wątków pobocznych, więc trudno powiedzieć, czy będą one równie ważne, co walka z epidemią i napotkanymi wrogami (np. terrorystami z Guantanamo). Plusem jest także to, że w przeciwieństwie do reszty debiutujących w tym roku seriali w podobnej konwencji, "The Last Ship" dobrze waży momenty przyśpieszonej akcji oraz spokojnych scen, w których marynarze wspominają np. rodziny. Niczego nie jest za dużo, niczego za mało. Natomiast tę nieumiejętność ważenia, zarzucam m.in. "The Strain", które około 7. odcinka zrobiło się nudne, czy "The Lottery", którego nawet pilot nie porwał (ale o tym kiedy indziej).

"The Last Ship" przypomina mi nieco "JAG: Wojskowe Biuro Śledcze". Starsi czytelnicy tego bloga na pewno pamiętają amerykański serial o wojskowych prawnikach, którzy odbywali służbę nie tylko w USA, ale i w Afganistanie czy Iraku. Relacje między głównymi bohaterami, czyli kapitanem Danem i dr Rachel Scott są podobne, podobne są także "patriotyczne" chwyty stosowane przez scenarzystów i reżysera. Tak przynajmniej ja to odbieram. A tym, którzy nie do końca wiedzą o czym mówię, polecam zapoznać się i z "The Last Ship", i z "JAG" - wtedy na pewno mnie zrozumiecie.