Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 listopada 2014

SERIALE: "Zbrodnia", czyli jak to wygląda po polsku

Nie przesadzę, twierdząc, że serial "Zbrodnia" produkowany i emitowany przez stację AXN pojawił się nagle i znienacka. Bez dużej kampanii reklamowej oraz trailerów zapowiadających serial kilka miesięcy przed premierą, czyli odwrotnie, niż "Wataha". Mimo to, kryminał AXN-u można chyba traktować jako konkurencję dla HBO-owej "Watahy", ponieważ obie produkcje pojawiły się mniej więcej w tym samym czasie i obie to rasowe kryminały. W tym tekście zamierzam jednak skupić się wyłącznie na "Zbrodni", która 2 tygodnie temu doczekała się finału i można ją oceniać już całościowo.

Od razu należy napisać, że "Zbrodnia" jest polską wersją szwedzkiego serialu "Morden i Sandhamn", który jest adaptacją powieści "Na spokojnych wodach", autorstwa Viveci Sten. Powieść ta była debiutem pisarskim Sten, o której można powiedzieć wiele (np. to, że pracuje jako prawniczka w szwedzko-duńskiej poczcie PostNord), ale nie to, że jest popularna. To duży plus dla polskich producentów; z jednej strony przedstawili nam coś niemal nieznanego, z drugiej natomiast zapewne zaoszczędzili sporo pieniędzy, kupując prawa do ekranizacji mało znanej książki i mało znanego serialu.

Głównym bohaterem "Zbrodni" jest 30-paroletni komisarz Tomasz Nowiński. Jak to bywa często w tego typu produkcjach, Nowiński to nietypowy (czyli typowy) policjant, borykający się z wieloma problemami. Jest rozwodnikiem i cierpi na bezsenność, a smutki i rozczarowania topi w alkoholu. Nie jest to więc nic nowego, czego dotąd nie było w powieści czy serialu kryminalnym. Ale grający tę rolę Wojciech Zieliński wypada dobrze i przekonująco; czasem tylko zgrzytają wypowiadane przez niego dialogi, które brzmią sztucznie, lecz to już wina scenarzystów, a nie samego aktora.

To, co intryguje w "Zbrodni", to nie samo pytanie: "Kto zabił?", a... miejsce akcji. Otóż, akcja rozgrywa się w nietypowych jak na polskie warunki sceneriach Półwyspu Helskiego - miejsca, które ma niezwykły potencjał, lecz wykorzystuje się je nader rzadko. W serialu inspirowanym skandynawskimi produkcjami prezentuje się jednak idealnie; jest wietrznie i chłodno, a Bałtyk dodaje temu wszystkiemu świetny klimat nudnego, nadmorskiego miasteczka, w którym pewnego dnia dochodzi do morderstwa. Ujęcia kręcone dronami jeszcze bardziej uświadamiają widzowi, jak intrygujący jest Półwysep Helski.

Nie będę się skupiał na fabule, bo nie o to tutaj chodzi. Napiszę tylko, że warto "Zbrodnię" obejrzeć. Choć dialogi czasami kuleją, a akcja zdaje się zbyt szybko pędzić do przodu (serial ma tylko 3 odcinki - mógłby mieć co najmniej 5 i wówczas prezentowałby się o niebo lepiej), to stoi o kilka poziomów wyżej od innych produkcji polskich, którymi karmią nas telewizje. Przy okazji można zobaczyć rodzimych aktorów w innych, niż dotąd rolach, tzn. lepszych: są tu Radosław Pazura, Magdalena Boczarska, Magdalena Zawadzka oraz Dorota Kolak - mająca chyba najlepszą rolę w "Zbrodni". Finał nie porywa (rozwiązanie nieco naciągane i przewidywalne), lecz jeśli Polacy są w stanie robić takie seriale, to znaczy, że mogą naprawdę wiele.

niedziela, 9 listopada 2014

RECENZJA KSIĄŻKI: Carl-Johan Vallgren - "Człowiek, który zostawił po sobie cień"

Pierwszy kryminał spod ręki Carla-Johana Vallgrena, to mroczna opowieść snująca się jak tytułowy cień pomiędzy ciemnymi sztokholmskimi uliczkami, do których lepiej nie zaglądać po zmroku. Oprócz umieszczenia nieodzownego w takiej powieści wątku kryminalnego, autor porusza także ważne, lecz nierzadko traktowane jak tabu, kwestie; to narkomania, wychodzenie z kompletnego dna i beznadziei oraz tajemnicze zaginięcia ludzi, po których ślad się dosłownie urywa.

W "Człowieku, który zostawił po sobie cień", najważniejszym wątkiem jest zaginięcie 7-letniego Kristoffera Klingberga w czerwcu 1970 roku. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, nic nie zapowiada tragedii, która aż do śmierci będzie spędzać sen z powiek rodziców chłopca. Tego feralnego dnia Kristoffer wraz z ojcem i młodszym bratem śpieszy się do metra na pociąg, który lada chwila ma się pojawić na peronie. Ojciec chłopców jest zły sam na siebie, bo w oczekiwaniu na Kristoffera (którego odbierał z urodzin kolegi) zdążył wypić kilka piw i teraz nie czuł się najlepiej. W pewnym momencie starszy syn prosi, by pozwolił mu zjechać na peron windą, podczas gdy on z młodszym dzieckiem pojadą ruchomymi schodami. W panującym wokół zamęcie ojciec przystaje na propozycję. Prosi Kristoffera, by ten zaczekał na nich na dole. Kiedy jednak zjeżdża z Joelem (drugim synem) na peron, 7-latka nie ma. Zniknął. Rozpłynął się w powietrzu.

Tak oto zaczyna się tragiczna historia rodziny Klingbergów, którzy już zawsze będą cierpieć po utracie syna, wnuka i brata. Vallgren w kolejnych rozdziałach przenosi fabułę do czasów współczesnych, a głównym bohaterem ustanawia Danny'ego Katza - lingwistycznego i komputerowego geniusza, byłego tłumacza w siłach zbrojnych, z mroczną przeszłością. Tak mroczną, że aż dziw bierze, iż udało mu się wykaraskać z bagna, w którym przez lata żył.

Danny Katz to obecnie zwyczajny człowiek, który prowadzi niewielkie biuro tłumaczeń w Sztokholmie. Żyje skromnie i spokojnie, bez szaleństw starcza mu na życie i drobne przyjemności. Burzliwa młodość wciąż jednak daje o sobie znać; nie tak łatwo bowiem zapomnieć kilkanaście lat życia na krawędzi - kradzieży, włamań i uzależnienia od heroiny. Traumatyczne wspomnienia wciąż dają o sobie znać, Katz czasem nawet śni, że znów jest uzależniony od narkotyków.

Równie ważnym bohaterem jest Joel, czyli młodszy z Klingbergów. Katz poznaje go w trakcie nauki w szkole wojskowej. Obaj nastolatkowie z miejsca stają się przyjaciółmi. Po latach ich znajomość jednak zaniknie, a wszystkie wspomnienia wrócą, kiedy Joel Klingberg także zaginie. Wówczas o pomoc Katza prosi żona Klingberga, Angela. Ma nadzieję, że Katz będzie w stanie jej pomóc. Główny bohater chwilę się waha, ostatecznie jednak wyraża zgodę. Odnalezienie Joela (lub przynajmniej jego zwłok) nie będzie jednak łatwe. Katz sam stanie się ofiarą wysoko postawionych ludzi, po których nigdy by się nie spodziewał, że mogą być w tę sprawę zamieszani.

Powieść Vallgrena czyta się szybko i łatwo, choć pod koniec akcja nieco spowalnia, jakby w obawie przed rychłym zakończeniem. Mimo iż przez 3/4 książki bohaterem pierwszoplanowym jest Katz, to później na jego miejsce wskakują także inne osoby. Nie jest to oczywiście złe, bo akcja wciąż pędzi do przodu i logicznie trzyma się faktów, ale jednak wolałbym przez całą książkę mieć do czynienia wyłącznie z samym Katzem.

Carl-Johan Vallgren, wydając "Człowieka, który zostawił po sobie cień", zapowiedział początek serii z Dannym Katzem. W Szwecji wydaje ją pod pseudonimem Lucifer.

Autor: Carl-Johan Vallgren
Tytuł: Człowiek, który zostawił po sobie cień
Wydawca: Amber
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 319

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Amber

wtorek, 16 września 2014

OPOWIADANIE: "Dziewczyna z ulicy"

Tydzień nic nie pisałem, wrzucam więc takie krótkie i niezobowiązujące opowiadanie kryminalne, które popełniłem jakiś czas temu...

Jestem na Szerokiej, w niewielkiej i przytulnej restauracyjce „Manekin”. Dopiero południe, większość stolików jest jeszcze pusta, mogę więc w spokoju zjeść swojego naleśnika z mięsem mielonym i nie obawiać się, że kogoś trącę łokciem, albo że ktoś inny będzie mnie irytował głośnym gadaniem. Mam kaca, dlatego cisza oraz spokój są przeze mnie wręcz pożądane.

W zamierzchłych czasach, zanim jeszcze porzuciłem studia historyczne i zostałem policjantem, pracowałem w tym lokalu na pół etatu. Byłem kelnerem. To fajna robota, zwłaszcza, że „Manekin” znajduje się w centrum miasta. Tu zawsze jest ruch, kręcą się turyści, ktoś zostawi napiwek, a co bardziej obrotni kelnerzy potrafią nawet uzbierać sobie z nich drugą pensję. Byłem jednym z takich gości. Teraz lubię tu przychodzić, bo wiem, jak przygotowywane jest jedzenie, i znam kierowniczkę; dziesięć lat temu oboje najęliśmy się do pracy w „Manekinie”.

Agnieszka właśnie dziś jest na posterunku. Uśmiecha się na mój widok. Dawno się nie widzieliśmy, więc na pewno będzie chciała pogadać.

– Cześć, Sławek. Smakuje?

– Naleśnik z mięsem zawsze.

Agnieszka marszczy brwi. W wyrazie mojej twarzy dostrzegła chyba coś niepokojącego.

– Nie wyglądasz najlepiej. Wszystko w porządku?

– Mam dużo stresu w pracy – wzruszam obojętnie ramionami. – Wiesz jak jest.

Wcale nie wie; nawet przez myśl jej nie przejdzie, jaką mam uciążliwą robotę. Ale kiwa głową.

– Wiesz – uśmiecha się – drzwi naszego lokalu są dla ciebie zawsze otwarte. Jak będziesz chciał, to po starej znajomości mogę ci u nas załatwić jakąś fuchę.

Nie mam ochoty na żarty, ale odwzajemniam uśmiech.

– Dzięki, Aga. Może kiedyś skorzystam.

Oddala się w stronę kuchni, ja tymczasem pochłaniam naleśnika i popijam solidnym łykiem wody. W kieszeni płaszcza brzęczy moja komórka. Dzwoni Jasiński.

– Dzień dobry, szefie! Nie przeszkadzam?

Jego głos w połączeniu z moim kacem sprawia, że robię się poirytowany.

– Jest środek niedzieli, więc sam się domyśl – odpowiadam z przekąsem.

W słuchawce słyszę delikatne chrząknięcie.

– Nasi ludzie znaleźli na Reja martwą kobietę. Wygląda na jakieś dwadzieścia lat, więc to pewno studentka – informuje Jasiński. Wreszcie nauczył się rozmawiać jak człowiek. Krótko, zwięźle i na temat.

– Za piętnaście minut będę. Cześć – odpowiadam i rozłączam się.

Toruń to wbrew pozorom małe miasto; z jednego krańca na drugi można się dostać na piechotę w nieco ponad dwie godziny. Parę razy sprawdzałem. Co prawda nogi potem bolały niemiłosiernie, ale przynajmniej wiem, że się da.


***


Kwadrans później jestem na miejscu.

Stoimy pod bramą jednej z kamienic przy ulicy Reja. Miejsce zbrodni odgrodzono żółtą taśmą, wokół ciała młodej dziewczyny uwija się kilku techników. Pochylam się nad leżącą na plecach denatką. Jej brzuch wygląda jak otwarta puszka z konserwą. Od specyficznego, metalicznego zapachu krwi, robi mi się niedobrze.

To musiała być ładna dziewczyna. Długie blond włosy, delikatnie opalona skóra, małe stopy z pomalowanymi bezbarwnym lakierem paznokciami. Sądzę, że gdyby nie rozpruty brzuch, byłaby naprawdę piękna.

Słońce dzisiaj grzeje solidnie, więc zdejmuję płaszcz, bo jest mi gorąco. Po chwili spośród policjantów i tłumu gapiów wyławia mnie wzrokiem Jasiński. Podchodzi do mnie z tym swoim wielkim skoroszytem w ręku i nie może się doczekać, aż zacznę zadawać pytania.

– No to co mamy? – pytam.

Jasiński niecierpliwe otwiera swoją tajemniczą księgę. Zdążył już nawet zrobić notatkę.

– W kieszeni kurtki zmarłej znaleźliśmy portfel z dowodem osobistym i prawem jazdy – wyjaśnia, to patrząc na mnie, to znów w swoje notatki. – Ciało należy do niejakiej Karoliny Mireckiej, urodzonej w 1990 roku we Włocławku…

– Mhm. A co ofiara robiła w Toruniu?

– Pewno studiowała… – Jasiński wzrusza ramionami.

Patrzę na niego z pobłażaniem.

– Po pierwsze: jest środek wakacji. Po drugie: dziewczyna miała już 24 lata, więc na dobrą sprawę w czerwcu powinna była skończyć studia. Nie możesz z góry zakładać, że każda martwa dwudziestoparolatka w tym mieście była studentką.

Jasiński uśmiecha się głupkowato. Przyznaje mi rację i przeprasza. Pytam, czy rozmawiał ze świadkami.

– Świadków nie ma – wzdycha. – Godzinę temu facet nazwiskiem Baryłka zauważył zwłoki pod blokiem, chyba akurat wychodził z psem na spacer.

– Rozmawialiście z nim?

– Tak, ale on nic więcej nie wie.

Milczę. Przyglądam się ciału.

– Wygląda na to, że dziewczyna została wypchnięta z samochodu.

– Skąd pan wie?

Wskazuję na lewy łokieć i ramię denatki.

– Widzisz? Ktoś, nawet nie zatrzymując się, wyrzucił ją z auta, stąd najprawdopodobniej te otarcia…

– Myśli pan, że dziewczyna jeszcze wtedy żyła?

– Być może. Ale z takim rozoranym brzuchem, śmierć to kwestia kilku godzin.

– Czemu morderca to zrobił? – pyta Jasiński.

Rozkładam bezradnie ręce.

– Pewno ją torturował… – odpowiadam, a potem wstaję i zwracam się do techników: – Zabierzcie ciało do prosektorium, póki jeszcze dziennikarzyny nie zleciały się jak muchy do gówna.


***


Sprawa morderstwa Karoliny Mireckiej ciągnie się od dobrych dwu tygodni. Ani ja, ani moi ludzie praktycznie niczego w tym czasie nie zdołaliśmy się dowiedzieć. Rozmawialiśmy z koleżankami zamordowanej, od których tego feralnego ranka wracała. Podobno wszystkie trzy były na imprezie. Mirecka tańczyła z kilkoma typami, ale nic ponad to. Około piątej nad ranem koleżanki Mireckiej wróciły do domu, ona natomiast bawiła się dalej w najlepsze.

Rozmowa z rodzicami zamordowanej także nie przyniosła żadnych konkretnych informacji. Było mi ich naprawdę żal. Do momentu, gdy matka Mireckiej wpadła w histerię. Rzuciła się na mnie i o mało co nie rozorała mi gęby paznokciami. Pieprznięta baba. Tak jakbym to ja był winny śmierci ich córki.

Ojciec natomiast długo nic nie mówił. Jako emerytowany policjant wiedział, jak sobie w takich sytuacjach radzić; wstał, poszedł do barku, nalał sobie szklankę wódki i wypił duszkiem.

– Nie wiem, w jaki sposób to zrobicie – powiedział, zaciskając pięści w złości – ale musicie dorwać skurwysyna, który zabił moją córkę. Po prostu musicie.

Żadnego punktu zaczepienia. Rozmawiałem osobiście z właścicielem dyskoteki, w której bawiły się dziewczyny. Nie był skory do rozmowy, pewno w obawie, że zamknę mu ten lokal albo pójdzie fama, że po „Milionie” krąży seryjny morderca i skończą się zyski z weekendowych imprez. Odesłał mnie jednak do jednej z kelnerek, która pracowała w tamtą noc.

Przedstawiam się i informuję, w jakiej przychodzę sprawie. Wyciągam fotografię Mireckiej.

– Pamiętam tę dziewczynę – przypomina sobie dwudziestoczteroletnia brunetka o imieniu Marta. – Ta cała Mirecka bywała u nas bardzo często. Czasami przychodziła sama.

– Sama? Na imprezę? – dziwię się.

Kelnerka kiwa głową.

– No i co robiła? – ciągnę ją za język.

– Urzynała się jak świna albo podrywała facetów. To zwykła dziwka.

Zaczyna się robić ciekawie.

– Mówisz to, bo jej nie lubisz, czy to oznacza, że Mirecka szukała gości, którzy zapłaciliby jej za seks?

– Tego nie wiem – odpowiada kelnerka – choć takie chodziły słuchy. Kilka razy była tak pijana, że znajdowaliśmy ją zarzyganą i nieprzytomną w łazience. Innym razem jacyś faceci naśmiewali się z niej, mówili, że jest „małą kurewką”. Ona udawała, że ich nie słyszy, ale potem całą noc zamawiała wódkę i piła, aż padła pod stolikiem. Chyba chciała w ten sposób zagłuszyć swój wstyd.

– Musiałyście się dobrze znać, skoro tyle o niej wiesz – mówię.

Chwila milczenia. Marta wyciera szklankę i odstawia na półkę.

– Po prostu widziałam, co ona ze sobą robi. Raz nawet nie potrafiła powiedzieć, gdzie mieszka, więc po pracy wzięłam ją do siebie. Jak wytrzeźwiała, zerwała się z łóżka i bez słowa wybiegła z mieszkania.

– Rozmawiałyście potem?

Smutnieje i kręci przecząco głową.

– Potem dowiedziałam się, że nie żyje.

Nie mam więcej pytań. Zostawiam swoją wizytówkę na wypadek, gdyby dziewczynie coś się przypomniało i wychodzę.


***


Spotykam się raz jeszcze z koleżankami Mireckiej. Powinienem wziąć ze sobą Jasińskiego, ale udało mi się wymknąć z komendy niezauważonym. Całe szczęście, bo nie mogę już patrzeć na ten jego pieprzony skoroszyt, z którym się nigdy nie rozstaje.

Dziewczyny wynajmują niewielkie mieszkanie w wieżowcu na Rubinkowie. Lipcowy upał sprawia, że wchodzę do mieszkania zasapany i mokry od potu.

– Może szklankę wody? – proponuje od drzwi Kasia.

– Chętnie, tylko zimną.

Siadamy przy stole w kuchni. Dziewczyny dopytują, jak przebiega śledztwo. Nie mogę im powiedzieć, że nijak i że pewno gówno ustalimy, bo nie mamy żadnego punktu zaczepienia. Mówię więc wymijająco, że jesteśmy na dobrej drodze do zidentyfikowania sprawcy.

– To dobrze – odzywa się Wiktoria. – To, co się stało, jest straszne! Ten skurwysyn, który to zrobił, powinien wisieć! Jak można komuś rozpruć brzuch i zostawić jak śmiecia na ulicy – krzywi się, blednie.

Nagle słyszę kroki w korytarzu i do kuchni wchodzi młody mężczyzna w samych bokserkach. Jest szczupły i ma nie więcej, niż dwadzieścia pięć lat. Kasia podrywa się z taboretu i podchodzi do niego.

– Och, Piotrek, idź się ubierz! Mamy gościa.

Chłopak rozgląda się trochę nieobecnym wzrokiem. Wreszcie mnie dostrzega.

– Ojej, przepraszam pana – rumieni się, zakłopotany – myślałem, że nikogo nie ma…

– Nic się nie stało – macham ręką. – Podkomisarz Sławomir Krok.

Ściskam mu dłoń. Wyraźnie wyczuwam niechęć ze strony chłopaka.

– Piotr – przedstawia się. – Po co pan tu przyszedł?

– Podkomisarz Krok prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa Karoliny – wyjaśnia Wiktoria.

– Mhm – kiwa głową Piotr. – To wy tu sobie gadajcie, ja tylko sok wezmę…

Kiedy wraca do pokoju, Kasia gotowa jest mnie wręcz przepraszać za jego niekulturalne zachowanie.

– Piotr nie zawsze taki jest, po prostu bardzo przeżywa śmierć Karoliny i bywa trochę skołowany…

– Rozumiem, nic się nie stało.

– Wie pan, to był dla nas wszystkich ogromny szok – ciągnie dalej Kasia. – A Piotr to poeta, więc sam pan wie, jest bardzo wrażliwy… Wciąż trudno mu się pogodzić z tym, co się stało…

Kiwam głową. „Może i poeta – myślę sobie – ale patrząc na ten zamulony wyraz twarzy, Piotr to przede wszystkim wielki miłośnik jointów”.


***


Miesiąc później spotykam się z dziennikarzem popularnego tygodnika. Ludzie chcą wiedzieć, w jaki sposób zidentyfikowałem sprawcę głośnego morderstwa studentki z Torunia.

Umawiamy się w przytulnej knajpce na Szerokiej. Jest środek lata, żar leje się z nieba, wybieramy więc stolik w klimatyzowanym pomieszczeniu w środku lokalu.

– Prawdopodobnie nigdy nie ujęlibyśmy mordercy, gdyby nie moja wizyta w mieszkaniu, które wespół z koleżanką wynajmowała jego dziewczyna. – mówię, popijąc mrożoną herbatę. – Dużo w tym wszystkim przypadku.

– A czy to prawda, że Kozielski był zakochany w swojej ofierze? – dopytuje dziennikarz.

Kręcę przecząco głową.

– Ani trochę. Kozielski kochał swoją dziewczynę, byli razem od trzech lat.

Pismak wygląda na zbitego z tropu.

– To ja już nic nie rozumiem… – wzdycha.

Poprawiam się na krześle, przygotowując się do dłuższego monologu.

– Tak jak mówię, Piotr Kozielski bardzo kochał swoją dziewczynę. Troszczył się o nią, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Jednak kiedy Katarzyna Obremska, czyli jego dziewczyna, zaczęła się przyjaźnić z Mirecką, mroczna natura chłopaka dała o sobie znać.

– Czy to dlatego, że Mirecka była prostytutką?

– Tak. Kozielski próbował ustrzec swoją dziewczynę przed zgubnymi wpływami Mireckiej, lecz Obremska, mająca dość uległy charakter, szybko poddała się wpływom nowej przyjaciółki… Spotykały się i imprezowały. Mirecka, znana ze swojej towarzyskiej natury, coraz częściej zaczęła zabierać Katarzynę na dyskoteki. Kozielski był z tego powodu zły, by nie powiedzieć: wręcz wkurwiony. Para coraz częściej się kłóciła, bo Kozielski chciał, by Obremska zostawała z nim w domu, ta zaś wolała ganiać z nową przyjaciółką po klubach. Dodatkowo obie przygarnęły do siebie Wiktorię Strugę, przyznać trzeba, niezbyt lotną ani urodziwą dziewczynę, która z chęcią zaprzyjaźniła się się z popularniejszymi koleżankami. Mirecka miała coraz większy wpływ na obie dziewczyny, a Kozielski – wiedząc, czym Włocławianka trudni się w przerwach wolnych od studiowania – obawiał się, że wciągnie w ten proceder także jego dziewczynę. Wpadł więc na pewien pomysł. Któregoś dnia, gdy Obremska pojechała na weekend do rodziców, postanowił iść do „Miliona”. Wiedział, że Mirecka jest stałą bywalczynią klubu, liczył więc na to, że i tego wieczora ją tam spotka. Nie mylił się – studentka jak zwykle pojawiła się w klubie i jak zwykle urżnęła się w trzy dupy, a potem podrywała facetów. Z jednym takim wyszła z klubu. Para pojechała na Reja, do mieszkania mężczyzny. Tymczasem Kozielski ruszył w ślad za nimi. Do rana czekał na Mirecką pod kamienicą. Powiedział mi, że chciał z nią tylko porozmawiać, ale nie do końca mu w to wierzę.

Dziennikarz kiwa w zadumie głową.

– No właśnie – mówi – przecież ofiara miała rozpruty brzuch, a w aucie mordercy znaleziono tasak, prawda?

– Jest pan świetnie poinformowany. No więc, rano Mirecka wyszła od tamtego faceta i w bramie spotkała Kozielskiego. Mężczyzna poprosił ją o rozmowę. Mirecka zgodziła się, bo znała go dość dobrze. Kozielski zaproponował, że podwiezie ją do domu, ale po drodze zatrzymali się w lesie. Błagał Mirecką, by dała spokój jego dziewczynie, bo sprowadza ją na złą drogę. Ale Mirecka wyśmiała go, a Obremską nazwała „głupią dupą, która nie daje jej spokoju”. Wywiązała się między nimi sprzeczka. W pewnym momencie Mirecka spoliczkowała chłopaka. Kozielski, niewiele myśląc, wyciągnął spod siedzenia tasak i zadał Mireckiej cios w brzuch.

– Swoją drogą, skąd miał tasak w samochodzie? – dziwi się dziennikarz.

– Narzędzie zbrodni Kozielski zabrał z domu. Jego ojciec jest masarzem – odpowiadam. – Chłopak twierdził, że chciał tylko postraszyć Mirecką, ale – cytuję – „wyszło inaczej”… Mirecka momentalnie straciła przytomność. Po paru minutach Kozielski zdał sobie sprawę, że dziewczyna nie żyje. Zaczął panikować. Ubzdurał sobie, że jeśli ciało podrzuci pod kamienicę na Reja, to może nie wyjdzie na jaw, że to on zabił dziewczynę. Tamtejsza okolica nie należy do bezpiecznych, a porzucenie ciała w bramie obszczanej kamienicy miało gwarantować, że policja uzna za sprawcę jakiegoś okolicznego menela… Kozielski, jak pomyślał, tak zrobił. Resztę już pan na pewno wie z mediów.

Dziennikarz kiwa głową, poprawia okulary. Zapisuje coś w swoim notesie.

– Dobrze – mruczy pod nosem. – To jeszcze jedna rzecz, o którą chciałbym zapytać… Jak pan doszedł do tego, kto jest mordercą?

Uśmiecham się z satysfakcją. Ile już razy odpowiadałem na to pytanie? Mówię to, co zwykle w takich sytuacjach.

– Drogą dedukcji, szanowny panie. Drogą dedukcji…

wtorek, 26 sierpnia 2014

SERIALE: "The Strain", czyli spodziewaj się niespodziewanego

Pierwszy odcinek oglądałem zupełnie bez emocji. Ot, historia jakich w kinie i telewizji było już wiele; w samolocie pasażerskim, który lada chwila ma lądować, dzieją się dziwne rzeczy. W "Wężach w samolocie" niebezpieczne okazały się... węże (odkrywcze, nie?), w "Planie lotu" z pokładu zniknęła 6-latka i nikt nie wiedział, jak to możliwe, a w "Non-stop" Liam Neeson usiłował pokrzyżować plany niebezpiecznym porywaczom... W "The Strain" natomiast największym problemem okazuje się... potwór, który tuż po lądowaniu zabija ponad 200 osób.

Brzmi tandetnie? No i trochę takie "The Strain" jest. Widząc po raz pierwszy to skrzyżowanie Santa Muerte z Hulkiem nie wiedziałem, czy powinienem się śmiać czy bać. Specyficzny obraz wyreżyserowany przez Guillermo del Toro przywodzi na myśl klasyczne horrory z lat 80., z drugiej strony jednak ma klimat dobrego, współczesnego horroru, który obywa się bez rozlewu morza krwi i badziewnej masy "potworów". Gdybym miał "The Strain" porównać do jakiejś innej produkcji, powiedziałbym, że to połączenie "The Walking Dead" z "Zagubionymi". Największy minus jest taki, że po obejrzeniu 2 odcinków wciąż nie wiem, czy to serial o zombie, czy o wampirach.

Akcja serialu skupia się na doktorze Ephraimie Goodweatherze (serio, można się tak nazywać?), który jest szefem Centrum Chorób Zakaźnych w Nowym Jorku. Oczywiście z racji wykonywanego zawodu i pracoholizmu, dr Goodweather został porzucony przez żonę, no i leczy się z alkoholizmu. Jest więc wątek prywatny, i to dość oklepany. Lądowanie tajemniczego samolotu w Nowym Jorku i nadejście epidemii, która się z tym wiąże, to - jak się wydaje - największy problem w karierze zawodowej Goodweathera, z jakim przyszło mu się zmierzyć. Sprawę jeszcze bardziej komplikuje fakt, że 4 osoby nagle się wybudzają, a 12 kolejnych... ucieka z kostnicy po zabiciu patologa.

Równie ważną postacią w serialu jest profesor Abraham Setriakan. Staruszek obecnie prowadzi sklep z antykami, lecz na zapleczu hoduje w słoiku bestię, która żywi się jego krwią. Robi to dlatego, by ratować ludzkość. To też brzmi dziwacznie? Owszem. Nie wiadomo zresztą, co ma wspólnego z tajemniczą bestią, która pojawiła się w samolocie. Być może łączy ich fakt, że samolot leciał z Berlina, a profesor Setriakan ma wytatuowane numery na ręku. Może był w obozie koncentracyjnym? Może ów potwór to jakiś hitlerowski wynalazek sprowadzony teraz do USA? Nie wiadomo. Trzeba jednak przyznać, że "The Strain" ogląda się całkiem dobrze.

Pomysłodawcą i reżyserem serialu jest, jak wcześniej wspomniałem, Guillermo del Toro. Ten meksykański reżyser, znany z takim filmów jak "Labirynt Fauna" czy "Pacific Rim" jest również pisarzem, a "The Strain" powstał na bazie kilku jego powieści. W swoim najnowszym dziele świetnie pokazał mroczny klimat Nowego Jorku, nieco komiksowy i przykuwający uwagę widza. Mam tylko jeden problem z tym serialem, o którym napisałem kilka akapitów wyżej: nie wiem, kiedy się śmiać, a kiedy bać. Ów potwór z jednej strony wydaje się straszny, z drugiej przywodzi na myśl filmowe wynalazki kina klasy "C", do których już dawno wszyscy się przyzwyczailiśmy. Efekty specjalne czasami także nie powalają (np. gdy w 2-gim kilkulatka wysysa krew swojemu ojcu, a z jej ust wychodzi półmetrowy język - o co chodzi?!). Na razie jednak mam zamiar kontynuować przygodę z tym serialem, choćby dlatego, że wygląda jak zagubiona w latach 80. taśma twórców "Martwicy mózgu" czy innego "Halloween 15".

niedziela, 24 sierpnia 2014

FILMY: "Wywiad rodzinny", czyli mrok i przygnębienie

Patrząc na francuską kinematografię, jedynymi gatunkami, które (jak dotąd) wydawały mi się interesujące, były komedia i sensacja. No bo któż nie zna kultowej serii "Taxi" czy "13. dzielnicy"? Znają chyba wszyscy... Niemniej jednak oglądam ostatnio bardzo dużo filmów kryminalnych, dlatego nie mogłem zignorować także i francuskich produkcji.

"Wywiad rodzinny" to film, który swoją premierę miał w 2011 roku. Akcja skupia się na Stephane Monnereau (Yvan Attal), który - chcąc odpocząć po stresującym śledztwie jakie niedawno przeprowadzał - zabiera żonę i syna na urlop do górskiej miejscowości położonej niedaleko miejsca ich zamieszkania. Od początku filmu widać wyraźnie, że małżeństwo przeżywa kryzys; Stephane i jego żona Valerie wciąż się kłócą, głównie z winy policjanta, który jest dla kobiety niemiły, a czasami wręcz wydaje się, jakby jej zupełnie nie szanował. Cała urlopowa wyprawa przebiega w nerwowej i przygnębiającej atmosferze, jednak najgorsze jest to, że w trakcie podróży psuje się auto Stephane'a. I od tej chwili wszystko dopiero nabiera rozpędu.

Policjant wyhamowuje gwałtownie na środku drogi, twierdząc, że przed maską auta właśnie przebiegł dzik. Nikt ze współpasażerów nie potwierdza jednak jego zdania. Niestety, auto nie chce ruszyć dalej, dlatego Monnereau'owie oczekują na pomoc, która krótko potem pojawia się w osobie pewnego tubylca-kierowcy.

Nie chcąc zdradzać całej fabuły, pokuszę się tylko o kilka najważniejszych punktów, które pojawiają się w dalszej części filmu. Kierowca jeepa podwozi rodzinę na pobliską stację benzynową. Tam Stephane prosi mechanika o pomoc i obaj mężczyźni oraz syn małżeństwa wracają po zepsute auto. Matka zostaje na stacji, ponieważ w aucie mechanika nie starczyło dla niej miejsca.

Okazuje się, że z autem jest wszystko w porządku. Ojciec i syn wracają po matkę, jednak na miejscu okazuje się, że kobieta po prostu zniknęła. Tak, jakby wsiąkła w ziemię. Nikt nie wie, gdzie jest; pracownica stacji pamięta tylko, że wyszła na zewnątrz... i zniknęła.

Policjanci z pobliskiego komisariatu zaczynają podejrzewać, że zaginięcie kobiety jest sprawką męża. Tutejszy komendant (w tej roli niejaki Pascal Elbe, który wygląda jak starszy brat Snoop Dogga - naprawdę!) nie wierzy w zapewnienia Stephane'a, że nie ma on nic wspólnego z zaginięciem żony. Mimo to, okazuje się, że poszukiwana kobieta skrywała przed policjantem wiele tajemnic i wcale nie była szczęśliwa w tym małżeństwie. Stephane'a wariuje; z jednej strony nie dopuszcza do siebie myśli, że to on mógł być sprawcą tej sytuacji, z drugiej zaczyna się zastanawiać, czy był aż tak beznadziejny, że żona postanowiła opuścić i jego, i ich kilkuletniego syna.

Film "Wywiad rodzinny" jest mroczny i do końca trzyma w napięciu. Choć zakończenie nie jest szczególnie zaskakujące (a przynajmniej ukazane jest w sposób, który ni ziębi ni grzeje), to warto go obejrzeć, choćby dla bardzo dobrych ról głównego bohatera oraz komendanta miejscowej policji; Elbe, jak się wydaje, miał zagrać drugoplanową rolę, a w kilku miejscach ukradł rolę pierwszoplanowemu koledze. Co ciekawe, scenarzysta filmu Mancuso, to były policjant, i pisząc scenariusz, korzystał z doświadczeń jakie nabył, pracując niegdyś w policji.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

FILMY: 2 filmy na poniedziałkowy wieczór

Lato powoli dobiega końca, wieczory też robią się coraz dłuższe (chyba, że jesteś studentem, to wakacji masz jeszcze półtora miesiąca, a pora dnia nie robi różnicy). A więc co można robić? Ano, oglądać dobre filmy. Oczywiście z wrodzonej przekory odradzam oglądanie wszystkiego co znane i lubiane - w poniższym tekście zestawiłem film produkcji duńskiej i - żeby nie było, że światowy nie jestem - amerykańskiej. Ten pierwszy polecam tym bardziej tym osobom, które nie mają czasu, ochoty lub cierpliwości na oglądanie seriali europejskich - oglądając ową produkcję, dostaniecie klimat, muzykę i fabułę takiego serialu "w pigułce". Kolejność przypadkowa.

1. Kobieta w klatce (Dania, 2013)
 "Kobieta w klatce" to film na podstawie powieści duńskiego pisarza, Jussiego Adler-Olsena. Niestety, nie mogę powiedzieć, na ile film jest zgodny z lekturą, ponieważ książki nie czytałem. 

Ale sam obraz ogląda się wyśmienicie. Głównym bohaterem "Kobiety w klatce" jest detektyw Carl Mørck (świetny w tej roli Nikolaj Lie Kaas), który zostaje przydzielony do nowo powstałego wydziału - Q. Jego zadaniem będzie zamykanie spraw niewyjaśnionych na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat; z tym, że nie chodzi tu o wznawianie śledztw, lecz o biurokratyczną robotę, czyli czytanie raportów i wypełnianie przeróżnych dokumentów kończących sprawę. Początkowo Mørck, jako ambitny policjant, nie jest zadowolony z nowej pracy. Dodatkowo irytuje go fakt, że przydzielono mu asystenta - Araba Assada (w tej roli Fares Fares, który zdaje się być bardzo dobrym komediowym aktorem), który, w przeciwieństwie do niego, lubi papierkową robotę i na nic nie narzeka. Obaj mężczyźni nabierają wiatru w żagle w momencie, gdy w ich ręce wpadają dokumenty ze sprawy niewyjaśnionego zaginięcia młodej parlamentarzystki sprzed lat. 

"Kobieta w klatce" to film mroczny i momentami brutalny. Detektyw i jego asystent są bardzo ciekawymi postaciami, diametralnie się od siebie różniącymi, przez co jeszcze bardziej chce się ten film oglądać. Postać Assada wprowadza do "Kobiety w klatce" pewną lekkość i humor, co łagodzi ów ciężki klimat. Przyczepiłbym się tylko do tytułu, który jest nieadekwatny do filmu; Merete Lynggaard nie jest przetrzymywana w klatce, lecz w swego rodzaju metalowej kapsule.

2. 21 Jump Street (USA, 2012)
Miałem pewne obawy przed obejrzeniem tego filmu. Sądziłem, że to kolejna głupkowata amerykańska komedia, naładowana nieśmiesznymi żartami i żenującymi dialogami. Oczywiście, TO JEST śmieszna komedia, ale na tyle interesująco napisana i zagrana, że warto poświęcić jej półtorej godziny czasu.

"21 Jump Street" zawiera pewien schemat, który pojawia się w komediach sensacyjnych od wielu lat. Jest tutaj dwu policjantów; jeden brzydki i gruby, drugi przystojny i wysportowany. W filmach tego typu często pojawia się podobny motyw - z tym, że jeden policjant jest czarnoskóry, a drugi nie. I pomiędzy tymi dwoma bohaterami kręci się cały film (czasem jeszcze wokół ich szefa).

Nie inaczej jest w "21 Jump Street". Jest i szef, oczywiście w odróżnieniu od białych bohaterów - czarnoskóry. A gra go znany nie tylko w świecie filmowym, ale i muzycznym 45-letni już Ice Cube, który od czasów N.W.A. nic nie stracił z młodzieńczego wigoru. To on, grając kapitana Dicksona, wyznacza świeżo upieczonych adeptów szkoły policyjnej do nowego zadania. Morton Schmidt i Greg Jenko zostają przydzieleni do specjalnej jednostki, która ma rozpracować tożsamość dilerów narkotykowych w high school. W żadnym wypadku nie jest to wyróżnienie dla policjantów - do owej jednostki zostali przydzieleni wyłącznie dlatego, że wyglądają... młodo.

Schmidt i Jenko znają się od ponad 10. lat. Obaj chodzili do tej samej szkoły; Jenko uchodził za szkolnego przystojniaka, Schmidt natomiast był ofermą stylizującą się na Eminema w tlenionych blond włosach i szerokich spodniach. Po latach wydaje się, że oprócz zamiany ubrań na policyjne mundury niewiele się zmieniło. A jednak to tylko pozory; bohaterowie, prowadząc owo śledztwo, przejdą duchową przemianę. A może nawet któryś z nich pozna miłość swojego życia.

W przeciwieństwie do "Kobiety w klatce", jest tutaj pełno humoru. Grający główne role Johnatan Hill i Channing Tatum grają świeżo i charyzmatycznie, a scenariusz (którego współautorem jest właśne Hill) mimo oczywistych schematów, napisany jest sprawnie. Jeśli więc szukacie dobrej komedii na wieczór - z czystym sumieniem polecam.

wtorek, 12 sierpnia 2014

RECENZJA KSIĄŻKI: James Thompson - "Anioły śniegu"

Nie ma nic dziwniejszego, niż zabrać się za ponury kryminał w środku lata, w piękny i słoneczny dzień. Nie ma też nic dziwniejszego, niż historię dziejącą się zimową porą w przysypanej śniegiem Finlandii czytać w trzydziestostopniowym upale nad morzem. A tak właśnie pochłanianie tej książki wyglądało w moim przypadku.

"Pochłanianie" to w przypadku tej powieści słowo kluczowe. Świetnie się czyta ten debiutancki kryminał Jamesa Thompsona - Amerykanina z urodzenia, który przed 14. laty spakował bagaże i przeniósł się do stolicy Finlandii. Z notki biograficznej zamieszczonej w "Aniołach śniegu" można się dowiedzieć, że Thompson (niestety, już świętej pamięci...) studiował w Finlandii filologię angielską i fińską, a pracował długo m.in. jako barman, sprzedawca numizmatów i żołnierz. I widać wyraźnie, że pisząc "Anioły śniegu" czerpał garściami ze swoich bogatych doświadczeń.

Bohaterem powieści jest Kari Vaara -  fiński inspektor o twardym charakterze i smutną przeszłością. Przed laty bowiem żona zostawiła go dla innego, a jeszcze wcześniej, w dzieciństwie, Vaara był świadkiem śmierci swojej siostry. Do dziś ma z tego powodu traumę, a najgorsze jest to, że nawet własny ojciec posądza go o jej śmierć... Dodatkowo atmosfera niewielkiego miasteczka Kittila, w której mieszka i pracuje Vaara, działa na wszystkich przytłaczająco. Wielkim problemem mieszkańców jest szerzący się alkoholizm oraz sama mieścina, w której przez większą część roku pada śnieg, jest zimno i ciemno. Wyraźnie da się odczuć ową ciężką atmosferę, czytając poczynania inspektora Vaary (powieść napisana jest w pierwszej osobie).

Mundurowy mimo wszystko radzi sobie całkiem nieźle. Ma piękną żonę, Amerykankę, z którą wkrótce spodziewa się dziecka. Dobrze żyje mu się w Kittilii, choć żona, Kate, nie podziela jego entuzjazmu; drażni ją pogoda, panujące obyczaje (z książki można się naprawdę wiele dowiedzieć o mentalności Finów, np. o tym, jak bardzo są małomówni i zamknięci w sobie), i w ogóle najchętniej wróciłaby do rodzinnej Ameryki. Vaara nawet rozważa przeprowadzkę, choć gdy pewnego dnia w sennej Kittillii dochodzi do tragedii, plany zostają przełożone na inną porę.

Dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem (pora ta nazywana jest "Kaamos" - czyli połączenie paraliżującego mrozu i nieustających ciemności) pewien mężczyzna odnajduje zwłoki czarnoskórej kobiety. Szybko okazuje się, że jest nią międzynarodowej sławy somalijska aktorka. Morderstwo jest niezwykle okrutne - Sufii Elmi zabójca m.in. wydłubał oczy, prawdopodobnie także ją zgwałcił. Opisy Thompsona, (szczególnie miejsca zbrodni i kostnicy) są niezwykle plastyczne, więc czytelnicy o słabszych nerwach powinni przygotować się na naprawdę mocne doznania.

Inspektor Vaara krąży, rozmawia, snuje teorie... Kiedy wydaje się, że rozwiązanie jest tuż tuż, okazuje się, że trop był całkowicie błędny. A dochodzi nawet do tego, że oskarżonymi o morderstwo są była żona inspektora oraz jej kochanek, bogaty biznesmen, który lubi korzystać z usług prostytutek. Wychodzi także na jaw nieszczęśliwa historia zamordowanej Sufii Elmi; choć wszystkim wydaje się, że sławna aktorka zarabiała ogromne pieniądze, to prawda jest zgoła inna. Czarnoskóra piękność z Somalii zarabiała na życie jako luksusowa prostytutka, a wszyscy "klienci" traktowali ją jak niepotrzebnego śmiecia...

"Anioły śniegu" to dobry, mroczny kryminał. Fabuła jest dobrze poprowadzona, a zakończenie zaskakujące. Dodatkowo cieszy fakt, że autor poruszył także wątek mentalności Finów, bo w Polsce chyba jednak niewiele o nich wiemy. A mimo względnego spokoju, jaki tam panuje, dramaty ludzkie wszędzie są podobne; a zwłaszcza, gdy codzienna aura za oknem także nie powoduje uśmiechu na ustach...

Pisząc tę recenzję, zrobiłem mały research w Internecie. I natknąłem się na, niestety, smutną informację. Otóż, James Thompson zmarł niespodziewanie 5 dni temu w swoim domu w Lahti. Miał 49 lat. Na razie nie wiadomo, czy jego ostatnia książka pt. "Helsinki Dead" ujrzy światło dzienne.

Autor: James Thompson
Tytuł: Anioły śniegu
Wydawca: Amber
Rok wydania: 2012
Liczba stron: 335

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Amber

poniedziałek, 28 lipca 2014

RECENZJA KSIĄŻKI: Marta Mizuro - "Cicha przystań"

Nie będę owijał w bawełnę: do sięgnięcia po książkę Marty Mizuro zachęciła mnie głównie... okładka. Projekt graficzny "Cichej przystani" jest jednym z najlepszych, jakie widziałem. Niewiele dziś wydaje się tak ładnych graficznie książek, a na "Cichą przystań" po prostu nie mogę się napatrzeć. Od razu jednak trzeba dodać, że to nie jedyny atut tego kryminału.

"Cicha przystań" jest specyficzna. Z jednej strony nasuwają się skojarzenia z "The Killing" lub "Miasteczkiem Twin Peaks" (inspiracje tym drugim, kultowym serialem podkreśla sama autorka), z drugiej - gdyby wyeliminować momentami wulgarny język - powieść Mizuro mogłaby uchodzić za "Pana Samochodzika dla dorosłych". Zaskoczeni? Otóż, w "Cichej przystani" jest wszystko, czego potrzebują czytelnicy książek przygodowych - mała wieś, jezioro, wyraziści bohaterowie (nawet drugo- i trzecioplanowi) oraz wątek kryminalny. Oczywiście to porównanie z "Samochodzikiem" proszę traktować z przymrużeniem oka.

Główną bohaterką "Cichej przystani" jest Zuzanna Bylińska - młoda wrocławska prokuratorka, która niejedno w życiu prywatnym i zawodowym już przeszła. Zuza (nie lubi, gdy się na nią mówi "Zuzia") początkowo nie wzbudziła mojej sympatii; to szorstka, momentami złośliwa baba, która właściwie o nikim nie ma dobrego zdania. Do malowniczego Łagowa przyjeżdża na urlop, a wybór miejsca wypoczynku nie jest przypadkowy, ponieważ rok wcześniej w tej miejscowości zginęła jej przyjaciółka Basia. Zuza żałuje, że wcześniej nigdy nie wybrała się do niej z wizytą, dlatego teraz, po jej śmierci, postanawia poznać miejsce, w którym przyjaciółka spędzała każde wakacje. Bohaterka zatrzymuje się nawet w tym samym ośrodku (i w tym samym pokoju!), co Basia. Zmęczona wielkomiejskim hałasem, planuje wyłącznie odpoczywać, a z pozoru spokojny Łagów idealnie się do tego nadaje; można się opalać, pływać i łowić ryby. Dla Zuzy to pierwszy taki urlop od lat.

Pani prokurator nie jest jedyną bohaterką tej powieści. Drugą - równie ważną - jest Dorota, miejscowa dziewczyna, której życie to istne piekło. Dawniej tutejsza piękność, dziś bita i poniżana przez najbliższych, nawet nie szuka u nikogo pomocy; wydaje jej się, że tak musi być, że nic dobrego już jej nie spotka. Bardzo ciekawą Marta Mizuro wykreowała postać, w pewnym momencie ukazując także pewien syndrom, nazywany w psychologii "sztokholmskim". Otóż, Dorota po ucieczce z domu męża, zaczyna się zastanawiać, "jak oni wszyscy dają sobie beze mnie radę" (!). Oto fikcja literacka zabarwiona smutną rzeczywistością, w której życie wiele kobiet.

Tymczasem położony nad pięknymi jeziorami Trześniowskim i Łagowskim Łagów, nie jest wcale, jak mogłoby się wydawać, takim cudownym miejscem. W ciągu zaledwie kilku tygodni ginie tu dwu mężczyzn, rzekomo w wyniku samobójstwa. Zastanawiające jest to, że obaj byli dobrymi znajomymi.

"Cicha przystań" nabiera rozpędu od drugiej połowy. To wtedy wiele istotnych faktów wychodzi na jaw; nie tylko związanych z samobójcami, ale i ze świętej pamięci Basią oraz jej relacjami z Zuzą. Używanie wulgarnego języka przez główną bohaterkę także zaczyna być zrozumiałe; Zuza to kobieta po przejściach, skrzywdzona przez mężczyznę, a jej często dość specyficzne zachowanie to według mnie pancerz, który przywdziała, by chronić się przed światem i ludźmi. W rzeczywistości nie jest zła, ani niedostępna, tylko nie do końca szczęśliwa. Jej krótki pobyt w Łagowie naprawdę wiele zmieni (a życie niektórych mieszkańców wsi wręcz wywróci do góry nogami).

Marta Mizuro ma za sobą jeden kryminał pt. "Kogo kocham, kogo lubię" napisany wespół z Robertem Ostaszewskim, lecz "Cichą przystań" można uznać za jej pełnoprawny solowy debiut. Uważam, że jest on jak najbardziej udany. Opisany przez Mizuro Łagów podoba mi się, tym bardziej, że lubię opowieści, gdzie wszystko jest wspaniałe tylko na pierwszy rzut oka... Dokładnie tak, jak w "Miasteczku Twin Peaks" i "The Killing". Ciekawi mnie tylko jedna rzecz: co na to wszystko mieszkańcy prawdziwego Łagowa?

Autor: Marta Mizuro
Tytuł: Cicha przystań
Wydawca: W.A.B.
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 414

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

środa, 23 lipca 2014

RECENZJA KSIĄŻKI: Anna Klejzerowicz - "Ostatnią kartą jest śmierć"

Gdyby ktoś dziś zapytał mnie o dobrą książkę na wakacje, bez wahania poleciłbym mu "Ostatnią kartą jest śmierć" Anny Klejzerowicz. Wartka akcja i wyrazista bohaterka z krwi i kości, to tylko część zalet, jakie posiada ten kryminał.

Dlaczego akurat na wakacje? Ponieważ nie ma tu długich opisów, zawiłej intrygi (co w przypadku tej książki jest dużym plusem), ani zgłębiania psychologicznego rysu głównej bohaterki. Akcja biegnie do przodu, wyhamowując właściwie tylko na chwilę, a dialogi, których jest tu całe mnóstwo, jeszcze tę akcję przyśpieszają. Dodatkowo "Ostatnią kartą jest śmierć" jest dosyć krótka - liczy sobie zaledwie 165 stron (a do tej liczby adekwatna jest i cena - tylko 19,90 zł). Prawda, że w sam raz na plażę?

Główną bohaterką jest młoda dziewczyna, dotychczas dziennikarka oraz autorka rubryki kryminalnej - Weronika Daglewska. Piękna trzydziestolatka w dniu swoich urodzin postanawia odwiedzić wróżkę i poznać swoją przyszłość. Do spotkania z wróżką Semiramidą pcha Weronikę nie tylko ciekawość, ale i nadzieja, że los wreszcie się do niej uśmiechnie; niedawno bowiem zostawił ją chłopak, a szef wręczył wymówienie. Wszystko więc wali się niczym domek z kart, a Weronika ma tylko jedno pytanie: czy w życiu czeka ją jeszcze choć trochę szczęścia?

Niestety - Semiramida nie ma dla niej dobrych wiadomości. Ostrzega ją przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Nie wiadomo, co to będzie, ani kiedy nastąpi, jednakże na pewno Weronikę dopadnie... Dziewczyna poirytowana wraca do domu, chcąc jak najszybciej zapomnieć o całej tej - jak jej się wydaje - głupiej rozmowie. Kilka miesięcy później dowiaduje się, że wróżka Semiramida zginęła, wypadając z okna. Kiedy i jak do tego doszło? Do końca nie wiadomo, choć pytanie to nie może wyjść z głowy Weroniki. Dziewczyna tym bardziej zaczyna drążyć temat, kiedy mąż zmarłej prosi ją o znalezienie... mordercy żony. I właściwie od tego miejsca zaczyna się cała akcja, której nie będę tutaj zdradzał.

Książkę czyta się bardzo szybko; dość powiedzieć, że lektura "OKJŚ" zajęła mi tylko kilka godzin wieczornych. Nie znam innych powieści autorki, więc nie spodziewałem się ani słabizny, ani fajerwerków, i za książkę miałem zamiar zabrać się dopiero w weekend. A jednak kilka przeczytanych stron tak mnie wciągnęło, że już nie mogłem się od niej oderwać. Plusem są łatwy do przyswojenia styl, spora dawka humoru (szczególnie wesołe są dialogi pomiędzy Weroniką a jej pomocnikiem) oraz - tak jak wspomniałem wcześniej - szybka akcja, która mknie do przodu niczym skuter głównej bohaterki.

Sądzę, że książka Anny Klejzerowicz najbardziej przypadnie do gustu kobietom; wydaje się, że to właśnie do nich jest skierowana. Mamy tu i problemy zawodowe, i miłosne, które główna bohaterka (jak to kobieta) analizuje dość dogłębnie; ale o tych drugich dowiecie się już czytając "OKJŚ".

Autor: Anna Klejzerowicz
Tytuł: Ostatnią kartą jest śmierć
Wydawca: Oficynka
Rok wydania: 2014 (wydanie II)
Liczba stron: 165

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Oficynka

piątek, 18 lipca 2014

SERIALE: 5 najciekawszych seriali kryminalnych spoza USA

Choć od lat za wylęgarnię dobrych serialowych produkcji bezsprzecznie uważa się USA, to poziomem dorównuje jej (a czasem i przewyższa) sporo seriali m.in. ze Szwecji, Norwegii czy nawet... Nowej Zelandii. Mówi się o nich mniej, ponieważ większość jest kierowana na lokalne rynki, a poza tym, pomimo wielu zalet, europejskie obrazy wciąż mają o wiele mniejsze budżety od swoich amerykańskich konkurentów. Co jednak sprawia, że grono widzów "Very", "Top of the Lake" czy "Wallandera" wciąż się powiększa?

Przede wszystkim klimat i odmienność. Sceny bywają dłuższe, postacie wyrazistsze, a morderstwo nie zawsze jest najważniejsze. Czy wiecie, jak żyje przeciętny Nowozelandczyk? A może chcielibyście się dowiedzieć, jak wygląda prowincjonalne miasteczko w Szwecji? A brytyjska wieś? Co można robić na brytyjskiej wsi...? "Przygodę poznawczą" zawsze można rozpocząć od dobrego serialu. A przy okazji poznać odpowiedź na klasyczne dla kryminału pytanie: "Kto zabił?".

1. Vera (Wielka Brytania, 2011-2014)
Brytyjska produkcja o aspołecznej pani detektyw Verze Stanhope, oparta jest na powieściach Ann Cleeves. Jak w licznych wywiadach wspomina Cleeves, główna bohaterka jej kryminałów "powstała z irytacji faktem, że nawet pisarki-feministki na główną postać wybierają młode, piękne i szczupłe kobiety. Vera nie reprezentuje żadnych z tych cech". I to prawda. Serialowa Vera to otyła kobieta po pięćdziesiątce, która nie dba ani o siebie, ani o swoich bliskich. Bywa apodyktyczna, rzadko się uśmiecha, non stop pracuje, a w jej domu panuje wieczny bałagan. Jak dotąd stacja ITV wyprodukowała 4 sezony po 4 odcinki każdy. I zapewne na tym nie poprzestanie, bo serial wciąż ma sporą oglądalność.

2. Top of the Lake (Nowa Zelandia, 2013)
Nowozelandzki 7-odcinkowy serial z polskim akcentem. "Tajemnice Laketop" (bo tak brzmi polska nazwa) opowiada o śledztwie w sprawie zaginięcia ciężarnej 12-letniej dziewczynki. W rolę policjantki Robin Griffin, wcieliła się amerykańska aktorka Elisabeth Moss, znana m.in. z "Przerwanej lekcji muzyki". Akcja "Tajemnic Laketop" rozgrywa się w niewielkim, sennym miasteczku, którego mieszkańcy powoli odkrywają swoje tajemnice z przeszłości. W serialu pojawia się także polski aktor Jacek Koman (od kilku lat grywa w TVN-owskich "Lekarzach"), który wykreował tu rolę zasługującą na owacje na stojąco.

3. Wallander (Szwecja, 2005-2006, 2009-2010, 2012-2013)
W tej chwili to chyba najbardziej znany europejski serial. "Wallander" podobnie jak "Vera" powstał na podstawie cyklu powieści, którego autorem jest jeden z najpopularniejszych na świecie pisarzy kryminałów, Henning Mankell. Powołany przez niego do życia Kurt Wallander, to śledczy z ok. 20-tysięcznego miasteczka Ystad. Wallander jest rozwodnikiem i ma córkę Lindę, która też jest policjantką i często współpracuje z ojcem. Jak dotąd powieści z Wallanderem powstało 10, natomiast odcinków serialu - 32 (w 3 sezonach).

4. Luther (Wielka Brytania, 2010-2013)
John Luther to kolejny detektyw, który rzucając się w wir pracy, kompletnie traci kontrolę nad swoim życiem prywatnym. Wydaje się, że odejście żony to największa tragedia, jaka może spotkać tego bohatera, lecz do czasu... W rolę smutnego detektywa w płaszczu wcielił się Idris Elba, aktor święcący od dłuższego czasu triumfy nie tylko w telewizji, ale i na dużym ekranie. W ciągu kilku ostatnich lat zagrał m.in. w takich filmach jak: "American Gangster", "Pacific Rim", "Thor: Mroczny świat" czy "Mandela: Droga do wolności". 

5. Morderstwa w Fjallbace (Szwecja, 2013)
Na koniec wisienka na torcie, czyli mój ulubiony serial spośród wyżej wymienionych. "Morderstwa w Fjallbace" to kolejna produkcja oparta na podstawie cyklu powieściowego Camilli Lackberg - obecnie jednej z najpopularniejszych autorek kryminałów na świecie. Serial składa się z 6 pełnometrażowych odcinków, a ich akcja rozgrywa się w tytułowej Fjallbace - małej szwedzkiej miejscowości, i jest prowadzona dwutorowo: współcześnie, gdy bohaterowie prowadzą śledztwo oraz w przeszłości, zawsze ściśle powiązanej z mającymi obecnie miejsce wydarzeniami. Bohaterami serialu są inspektor Patrick Hedstrom oraz jego żona, autorka powieści kryminalnych, Erika Falck. Sielska Fjallbacka, jak zdawałoby się wielu, kryje mnóstwo tajemnic i niezabliźnionych ran sprzed lat.

czwartek, 10 lipca 2014

WOKÓŁ KSIĄŻKI: 5 najpopularniejszych polskich autorów kryminałów

Popularność skandynawskich kryminałów sprawiła, że literatura kryminalna uznawana przez wiele lat za „pociągową” lub „drugiej kategorii”, przeżywa pewien renesans zarówno na świecie, jak i w Polsce. Nawet znani i kojarzeni z zupełnie inną twórczością pisarze, tacy jak Stephen King i J.K. Rowling próbują sił w tym gatunku (odpowiednio: „Mr. Mercedes” i „Wołanie kukułki”). Jak natomiast kryminały mają się na naszym rodzimym podwórku?

Krótko mówiąc: świetnie. Literatura kryminalna w Polsce jest dziś chętnie uprawiana i kupowana; książki pisarzy takich jak Marek Krajewski czy Marcin Wroński sprzedają się w wysokich nakładach i są tłumaczone na obce języki. Triumfy święci także wymieniony tu Zygmunt Miłoszewski, którego powieść pt. „Ziarno prawdy” doczeka się wkrótce ekranizacji, a sam autor został doceniony nawet we Francji, otrzymując kilka nominacji do nagród literackich francuskich magazynów, m.in. „Elle”. Poniżej krótko o „fantastycznej piątce” i ich powieściach (kolejność alfabetyczna).

1. Katarzyna Bonda
Ta 37-latka zadebiutowała w 2007 roku powieścią „Sprawa Niny Frank” traktującą o policyjnym profilerze Hubercie Meyerze. W tym samym roku Bonda została nominowana do Nagrody Wielkiego Kalibru. Autorka przez wiele lat pracowała jako dziennikarka kryminalna m.in. w „Super Expressie” czy „Newsweeku”, a obecnie wykłada w szkole kreatywnego pisania i jeździ z wykładami po całej Polsce. Dotychczas opublikowała sześć powieści – najnowsza, pt. „Pochłaniacz” ukazała się w 2014 roku nakładem wydawnictwa MUZA.

2. Mariusz Czubaj
Jest profesorem antropologii kultury w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie oraz autorem i współautorem (wraz z innym popularnym pisarzem Markiem Krajewskim) kilku powieści kryminalnych - m.in. „Kołysanki dla mordercy”, „Zanim znowu zabiję”, „Martwego popołudnia”. Czubaj publikował także w pracach zbiorowych (m.in. w antologiach sportowych).

3. Marek Krajewski
Ten urodzony w 1966 roku we Wrocławiu pisarz i były wykładowca Uniwersytetu Wrocławskiego (wykładał łacinę klasyczną), wprowadził swojego czasu nową jakość w literaturze kryminalnej. Debiutancka książka pt. „Śmierć w Breslau” w 1999 roku była retrokryminałem, a jej akcja rozgrywała się w latach 30. XX wieku we Wrocławiu. Krajewski powołał w niej do życia policjanta Eberharda Mocka, którego przygody kontynuował w kilku kolejnych tomach, a następnie w 2009 roku „przeniósł się” do przedwojennego Lwowa, gdzie głównym bohaterem pięciu następnych tomów został również policjant, Edward Popielski. W tym roku Krajewski planuje opublikować kolejną powieść rozgrywającą się we Lwowie pt. „Władca liczb”.

4. Zygmunt Miłoszewski 
38-latek z Warszawy, autor powieści kryminalnych o prokuratorze Teodorze Szackim. Przez wiele lat pracował w „Super Expressie”, a później w „Newsweeku”. Jest autorem opowiadań publikowanych w antologiach, napisał także pięć powieści – ostatnią w 2013 roku. Wszystkie jego książki ukazały się za granicą i można się pokusić o stwierdzenie, że jest obecnie najbardziej znanym żyjącym pisarzem z Polski. Jego talent dostrzeżono szczególnie w Wielkiej Brytanii i we Francji, gdzie na łamach tamtejszych magazynów Miłoszewski doczekał się dobrych recenzji, wyróżnień i nominacji do nagród literackich. W 2010 roku ukazała się także filmowa adaptacja „Uwikłania” w reżyserii Jacka Bromskiego, a w tym roku ma się pojawić kolejny film pt. „Ziarno prawdy”. Akcja tego obrazu będzie rozgrywać się w Sandomierzu, natomiast w rolę prokuratora Szackiego wcieli się Robert Więckiewicz.

5. Marcin Wroński
Debiutował już na początku lat 90., lecz jego kariera nabrała rozpędu dopiero kilka lat temu. Największe triumfy święci natomiast w tym roku; za zeszłoroczną powieść pt. „Pogrom w przyszły wtorek” otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru, Nagrodę Artystyczną Miasta Lublin (w którym rozgrywa się akcja jego kryminałów) oraz Kryminalną Piłę dla najlepszej polskiej powieści kryminalnej. Wcześniej Wroński opublikował także kilka powieści fantastycznych, kilkanaście opowiadań, dramaty, książki popularnonaukowe dla dzieci i młodzieży oraz wiele artykułów i esejów. Jego największym sukcesem jest jednak stworzenie Zygi Maciejewskiego – lubelskiego komisarza, który żyje i pracuje w przedwojennym Lublinie (bowiem cykl z Maciejewskim to także retro-kryminały).