Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 sierpnia 2014

RECENZJA PŁYTY: Slaine - "The King of Everything Else"

Jeszcze pół roku temu nie pomyślałbym, że Slaine wyrośnie wkrótce na najciekawszego rapera z obozu LCN i całej gamy hardcore'owych raperów z USA. Jego zeszłoroczna płyta "The Boston Project", na którą zaprosił większość swoich bostońskich kolegów, była dobra, ale nie na tyle, by ją uznać za jakieś szczególne wydarzenie 2013 roku (choć jeden z singli był mocarny). Zupełnie inaczej jest natomiast w przypadku najnowszej "The King of Everything Else".

Slaine to raper ze sporym doświadczeniem scenicznym i studyjnym, choć karierę - jak na obecnie 37-latka - zaczynał dość późno, bo 11 lat temu. Wtedy to rozpoczął współpracę z Jaysaunem i Edo G'm, z którymi założył skład Special Teamz. Raperzy wydali debiutancki album w 2005 roku, a potem kariera Slaine'a już się sama potoczyła, i trwa do dzisiaj, bez szczególnych wzlotów ani upadków.

Choć "bez wzlotów" to chyba jednak złe określenie...  George Carroll, bo tak naprawdę nazywa się ów bostoński raper, zdążył w ciągu dekady nagrać album ze wspomnianym składem Special Teamz, potem 2 albumy z La Coka Nostrą i 3 solówki. Do tego rozpoczął całkiem udaną karierę aktorską, choć jak dotąd, grywał jedynie drugoplanowe role. Z aktorstwem Slaine'a wiąże się jednak ciekawa anegdota. Otóż, w 2007 roku Ben Affleck przygotowywał się do wyreżyserowania filmu pt. "Gone Baby Gone". Któregoś dnia trafił na ciekawy artykuł w gazecie Boston Herald. Tekst dotyczył Slaine'a, a osoba rapera tak się Affleckowi spodobała, że postanowił do niego zadzwonić i zaproponować mu rolę w swoim filmie. Slaine przystał na ofertę i zagrał postać Alberta "Gloansy'ego" MacCloana - bostońskiego członka gangu. Od tej pory pojawił się na dużym ekranie kilkakrotnie, partnerując takim tuzom kina jak wspomniany Affleck, Brad Pitt ("Killing Them Softly") czy Harvey Keitel ("God Only Knows"). Oczywiście zapracowany Slaine ani myślał porzucać karierę muzyczną na rzecz aktorstwa. I całe szczęście. Aktorem jest niezłym, ale raperem o wiele lepszym, co potwierdza szczególnie jego najnowsza płyta.

"The King of Everything Else" w warstwie tekstowej nie różni się niczym od wcześniejszych dokonań rapera. Slaine wciąż pisze mroczne teksty, rozlicza się z przeszłością, wspomina o dziecku i byłej żonie, z dystansem podchodzi do swojego wyglądu i wagi... Dodatkowo bawi się swoim, i tak mocnym i interesującym flow, przyśpiesza, podśpiewuje... A ja, jako wierny fan Vinniego Paza i Ill Billa z przykrością muszę stwierdzić, że w obecnej chwili Slaine zjada w całości swoich kolegów po fachu.

"TKoEE" to płyta jakich obecnie wychodzi naprawdę niewiele. Materiał nie ma słabszych momentów, jest bardzo równy i różnorodny. O wielkości Slaine'a dowodzą przede wszystkim takie utwory, jak świetne "Bobby Be Real" z gościnnym udziałem Tech N9ne'a i Madchilda, "The Years" czy naładowane emocjami "Our Moment" i mój faworyt - "Defiance" ze świetnym śpiewanym refrenem. Do tego bity, w których na pierwszy plan za każdym razem wysuwają się mocne bębny i bas, a wyprodukowali je m.in. Dj Lethal i Statik Selektah. Brzmi zachęcająco?

Cieszy mnie fakt, że Slaine nagrał taką płytę. Zawsze był raperem solidnym, tylko brakowało mu więcej werwy i promocji. Nigdy nie odstawał od ekipy LCN czy swoich kolegów, w rodzaju Madchilda czy Vinniego. Ta płyta potwierdza, że jest na dobrej drodze, by nawet stać się o wiele lepszym raperem od nich. I wreszcie z czystym sumieniem mogę polecić materiał Slaine'a nie tylko fanom hardcore'owych raperów.

sobota, 16 sierpnia 2014

MUZYKA: 5 płyt na... chybił-trafił

Kiedy byłem w liceum, słuchałem o wiele więcej rapowych płyt i o wiele bardziej interesowałem się tą kulturą. Biorąc pod uwagę, że raperów w Stanach mamy "jak mrówków", a ich wydawnictwa to nie tylko pełnoprawne albumy, ale i epki, mixtape'y oraz bootlegi, nie starczyłoby mi czasu, by to wszystko na spokojnie przesłuchać. A mimo to słuchałem, zaciekawiony nie tylko tym, co ukazuje się w Nowym Jorku i Kalifornii, ale także w Teksasie czy Bay Area. Teraz jednak, już nie-dziecięciem będąc, sprawdzam przede wszystkim materiały od znajomych mi ksywek. W poniższym zestawieniu wybrałem metodą chybił-trafił albumy, które w ostatnim czasie często goszczą na moich głośnikach. Kolejność alfabetyczna.

1. Dilated Peoples - Directors Of Photography
Pewnie narażę się swoją opinią wielu czytelnikom tego bloga, ale powiem szczerze: nigdy nie byłem fanem Dilated Peoples. OK, mają fajne bity i niektóre klipy. Ale Evidence'a uważam za przereklamowanego rapera z monotonnym flow ("slow flow" w tym przypadku wcale nie jest komplementem), a Raaka to przeciętny raper, który mnie nie przyciąga zupełnie niczym. Mimo to, grupa ma fanów na całym świecie i od lat dużo koncertuje. "Directors Of Photography" to - jeśli się nie mylę - 5. płyta w dyskografii Dilated Peoples. I choć zachwytów było co niemiara po wypuszczeniu dwu opatrzonych video singli: "Good as gone" oraz "Show me the way" z bardzo dobrym, gościnnym udziałem Aloe Blacca, to sama płyta chyba nie przypadła do gustu nawet zatwardziałym fanom, bo dość cicho o niej nawet kilka dni po premierze. Ja "Directors Of Photography" przesłuchałem kilka razy od deski do deski, wciąż jednak DP mnie nie przekonuje, i pewnie nigdy nie przekona. W numerze "L.A. River Drive" zwrotka Sick Jackena wypada najkorzystniej na tle całego albumu; jedynym numerem, którzy naprawdę mi się podoba, jest zamykający płytę "The Bigger Picture" z fajnym bitem i ciekawym refrenem.

2. DJ Mustard - "10 Summers"
Płyta 24-letniego DJ'a Mustarda także wzbudza u mnie mieszane uczucia. Z jednej strony brzmienie "10 Summers" przywołuje na myśl klimat kalifornijskich rapowych płyt z połowy lat 90., z drugiej zaś bity na tym albumie z tego samego powodu wydają mi się proste jak konstrukcja cepa. Nie wiem, jakim cudem DJ Mustard w krótkim czasie zjednał sobie tylu słuchaczy, bo jego produkcje nie są ani odkrywcze, ani szczególnie się wyróżniające. A jednak Mustardowi udało się zebrać na "10 summers" śmietankę mainstreamowych raperów: są YG, 2 Chainz, Lil Wayne, Rick Ross, Wiz Khalifa i Imasu!. Nie jest to oczywiście zła płyta i wśród 12. numerów każdy z pewnością znajdzie swojego faworyta; ja najczęściej zapętlam "Throw Your Hood Up" z gościnnym udziałem Dom Kennedy'ego, Royce'a i RJ'a.

3. G-Eazy - "Must Be Nice"
O Geazy'm pisałem już tutaj, więc tym razem jego sylwetki nie będę przedstawiał. Co się zaś tyczy samej płyty: "Must Be Nice" to EP-ka z 2012 roku rapera, na której znalazło się 10 utworów. Do kilku numerów powstały klipy, m.in. do "Marilyn" i kontrowersyjnego "Loaded", który chyba nawet fanom niekoniecznie przypadł do gustu (zebra na plaży? o co chodzi?). Całość natomiast świetnie obrazuje, jaką długą drogę przeszedł w swojej karierze raper - nawet na przestrzeni tych dwudziestu czterech miesięcy. Co prawda flow mu się nie zmieniło, ale część bitów (wspomniane "Loaded" czy "Lady killers"), to zupełnie inna bajka, niż jego najnowsza płyta, czyli "These Things Happen". Dla osób, które śledzą twórczość młodego rapera, "Must Be Nice" to pozycja obowiązkowa.

4. Lil Keke - "Money Don't Sleep"
I wreszcie Houston/Texas, czyli obok Bay Area moja ulubiona scena rapowa. Lil Keke to dziś 38-letni raper, który ma za sobą długą i niełatwą drogę. Od 1997 roku nagrał 13 pełnoprawnych albumów, 8 w kolaboracjach i 21 (!) mixtape'ów. Przyznaję, że to imponujący wynik. Owa długa i wyboista droga, to marsz przez wielkie majorsy w rodzaju Warner Music Group czy jeszcze bardziej legendarnego Universal Motown, po płyty wydawane w małych, lokalnych labelach, o których pewnie nikt by nie usłyszał, gdyby nie siła internetu i liczba fanów Lil Keke na całym świecie. W tym roku raper także nie próżnował; nagrał 1 mixtape, a "Money Don't Sleep" to jego najnowsza produkcja, na którą składa się zawrotna liczba aż 19. nowych utworów. Płytę promuje m.in. video do kawałka "Worry Bout You" z gościnnym udziałem Kirko Bangza. Promocja też płyty trochę siadła, albo po prostu znowu jest zogniskowana wokół słuchaczy z Houston, bo nawet trudno znaleźć mi było i ten jeden jedyny klip... Tak czy siak - płyta trzyma poziom i stali słuchacze na pewno zostaną usatysfakcjonowani. To właśnie Lil Keke był jednym z tych raperów, który przyśpieszał, rapował na syntetycznych bitach, zwalniał wokale, zanim stało się to modne na całym świecie.

5. Twista - "Dark Horse"
Od wielu lat, kiedy słyszę ksywkę "Twista", przed oczami mam artykuł ze starego Ślizgu, który zatytułowany był mniej więcej tak: "Twista - ochroniarz z Chicago". I to rzeczywiście prawda; Twista, nawet już nagrywając płyty, lecz wciąż nie odnosząc komercyjnego sukcesu, pracował "w zawodzie", czyli był ochroniarzem znanych aktorów i piosenkarzy. Przez wiele lat uchodził także za najszybciej rapującego rapera i właściwie pioniera tego stylu (obok Bone N Thugs Harmony). Płyta "Dark Horse" jest 9. w jego dorobku i pierwszą po 4. latach. Niestety, mimo hitowego potencjału, prawdopodobnie nie odbije się echem; zresztą, ciężką byłoby powtórzyć sukcesy sprzed lat; platynę za "Kamikaze" (2004), złoto za "The Day After" czy "Adrenaline Rush 2007" (odpowiednio 2005 i 2007 rok). Poprzednie płyty ukazywały się bowiem w wielkim Atlantic Records, natomiast ostatnie 3 wydał Twista nakładem Get Money. Na "Dark Horse" udzieliło się sporo znanych gości, m.in. Wiz Khalifa, Tech N9ne i Tyme, a promuje go kilka ciekawych klipów (niestety niskobudżetowych): choćby "Dark Horse" czy "It's yours". W samym jednak Chicago Twista wciąż ma wiernych fanów, co potwierdza filmik z dnia promującego tę płytę.

czwartek, 14 sierpnia 2014

MUZYKA: Wojowniczy imigrant z Ghany

Jeszcze niewielu o nim słyszało. Charakterystyczny, głęboki głos oraz niesamowita charyzma to dwie cechy, którymi Kwabs wyróżnia się na tyle mocno na tle współczesnej sceny muzycznej, że wkrótce na pewno będzie na ustach wszystkich słuchaczy muzyki soul, i nie tylko.

Ten 24-letni piosenkarz urodził się w Ghanie, lecz wraz z rodzicami szybko wyjechał do Wielkiej Brytanii i tam spędził większość swojego życia. Kwabena Adjepong, bo tak naprawdę nazywa się ów Ghańczyk, jest obecnie mieszkańcem Londynu, w którym śpiewa, komponuje, pisze teksty i studiuje jazz.


Idolem Kwabsa jest Billie Whiters, i to słychać. Utwory Kwabeny cechuje głębia, poetyckie teksty i multum emocji, które wkłada w każdy kawałek. Mieszają się gospel, afrykańskie dźwięki i soul. Jego śpiew przyprawia o dreszcze, a po raz pierwszy szeroka publiczność mogła się o tym przekonać na własnej skórze w 2010 roku, gdy Kwabs wystąpił w Pałacu Buckingham. Video z tego występu poniżej.


Kwabs jak dotąd opublikował w internecie tylko kilka kawałków, które można przesłuchać tutaj. Poza tym jest on autorem 4-kawałkowej EP-ki. Owa produkcja, pt. "Pray for love", zapowiada jego pełnoprawny album, który ma się podobno ukazać jeszcze w tym roku.

środa, 30 lipca 2014

MUZYKA: 5 niedocenionych amerykańskich raperów (cz. 2)

Po opublikowaniu 1. części 5. niedocenionych amerykańskich raperów doszedłem do wniosku, że to liczba zbyt mała, aby na tym można było zakończyć. Poniżej prezentuję kolejną 5. utalentowanych gości, o których jedni słyszeli mniej, inni wcale... Warto się z nią zapoznać, bo - kto wie - może wkrótce owym raperom uda się przebić do szerszego grona słuchaczy. A wtedy to właśnie Wy, drodzy Czytelnicy, będziecie mieć satysfakcję, że poznaliście ich duuużo wcześniej, niż reszta. Kolejność alfabetyczna.

1. !Mayday!
!Mayday! znalazło się w tym zestawieniu wyjątkowo. Po pierwsze: nie jest to jeden raper, a grupa, a po drugie - muzycy mają już swój stały fanbase, grają sporo koncertów i udzielają wywiadów. W podziemiu znani są głównie dzięki znajomości z Tech N9ne'm (swoją drogą, to chyba najbardziej fejmowy undergroundowy raper na świecie), który wydaje !Mayday! w swojej wytwórni - Strange Music. W skład grupy z Miami wchodzą: raper Wrekonize, producent Aaron Eckhart, perkusista Andrews Mujica, drugi perkusista L. T. Hopkins oraz basista Gianni Perocapi. !Mayday! ma na swoim koncie 5 płyt długogrających, z czego 3 ostatnie ukazały się nakładem Strange Music i dopiero wtedy grupa zaczęła odnosić większe sukcesy. Ich najnowsza produkcja pt. "!Mursday!" (na którą dołączył do nich kalifornijski raper Murs) ukazała się 10. czerwca i w Top Rap Albums Billboardu debiutowała na wysokiej, bo aż 4. pozycji. !Mayday! to grupa, która ma wszystko to, czego potrzeba solidnemu zespołowi (wystarczy posłuchać numeru powyżej) i sam dziwię się, że jeszcze nie osiągnęli większego sukcesu. Chłopaków chyba jednak nieszczególnie to martwi, bo grają dużo koncertów i pewnie już myślą o kolejnej płycie.

2. Merkules
 
Merkules pojawił się na scenie stosunkowo niedawno. Jego pierwszy numer jaki kojarzę, to "Running Circles" ze stycznia 2013 roku. Merkules to 21-letni (! - dlaczego zdziwienie? Obejrzyjcie klip, a będziecie wiedzieć) Kanadyjczyk z Vancouver, który rozpoczął swoją zabawę w rapowanie w wieku 16 lat. Na koncie ma kilka materiałów: longplay "Canadian Bacon" (2012) oraz 2 epki: "Hunger Pains" (2013) i "The Lost & Found LP" w duecie z Prada West (2013). W tym roku Merkules zaczął być dostrzegany w USA wśród hardcore'owych raperów; nagrał featuringi m.in. z Apathym, Celph Titledem, a parę bitów wyprodukował dla niego Stu Bangas. Merkules doskonale wpisuje się w konwencję hardcore rap, a w dodatku wygląda jak młodszy brat Vinniego Paza.

3. Obvi
Obvi to mój faworyt i ulubieniec wśród wymienionych tutaj raperów. Miałem ciary na plecach, kiedy usłyszałem go po raz pierwszy na filmiku powyżej (swoją drogą, wszyscy tam lecą jak wariaci; można by się od nich sporo nauczyć). Szkoda tylko, że jak dotąd Obvi nie ma na koncie ani jednej płyty, tylko kilka numerów rzuconych na Youtube oraz multum filmików z freestylami. Ten 26-letni raper mieszka na co dzień w malowniczym mieście Santa Rosa w Kalifornii, pracuje w Verizon Wireless (największym operatorze telefonii komórkowej w USA) i dość często rzuca swoje wersy w odcinkach programu TeamBackPack, który ma na celu pokazanie dobrych, choć mało znanych raperów ze Stanów (większość prezentowanych w programie pochodzi jednak z Zachodniego Wybrzeża). Mam nadzieję, że Obvi kiedyś nabierze ochoty na nagranie pełnoprawnego albumu, bo to naprawdę charyzmatyczna postać.

4. The Doppelgangaz
Pół żartem, pół serio - chłopaki z The Doppelgangaz mają teledyski chyba do każdego numeru, jaki wypuścili. The Doppelgangaz powstało w 2008 roku, a już w 2011 uznano chłopaków za topowych undergroundowych artystów. Na koncie mają 7 płyt, z czego 2. to instrumentalne epki. Ich najnowsza płyta pt. "Peace Kehd" ukazała się 18. lutego br. i została bardzo wysoko oceniona przez amerykańskie magazyny muzyczne. Krytycy nazywają ich połączeniem Camp Lo z Mobb Deep, a nostalgiczne bity, które charakteryzują duet, idealnie współgrają z raperami - Matter Ov Fact oraz EP. W stu procentach zgadzam się z tą opinią i życzyłbym sobie, by w zalewie syntetycznych bitów i tekstów o niczym, raperzy tworzący The Doppelgangaz stali się odtrutką i zyskali przychylność słuchaczy.

5. Yelawolf
Zdziwieni? Pewnie tak. W końcu raper z Alabamy miał już swoją szansę, wypromował także kilka hitów, z których wspomnieć wystarczy tylko "Daddy's Lambo", by potwierdziły się moje słowa. Michael Wayne Atha (bo tak naprawdę nazywa się Yela) ma obecnie 35 lat i debiutował dość późno jak na swój wiek, bo dopiero w 2005 roku. Nie miał życia usłanego różami; przez długi czas był bezdomny i tylko z dobrej woli innych ludzi miał co jeść i gdzie spać. Jak dotąd nagrał 2 longplaye, 2 epki i 6 mixtape'ów, a powyższe video zapowiada jego nadchodzący album pt. "Love Story", którą - tak jak wcześniejszą płytę - wydaje Eminem w Shady Records. Dlaczego więc, pomimo tylu płyt i niekwestionowanych sukcesów, uznaję Yelawolfa za niedocenionego rapera? Ponieważ płyta "Radioactive", która miała go pchnąć na jeszcze wyższy poziom kariery... prawie ją zakończyła. Sam Yelawolf wstydzi się jej i nie chce do niej wracać. Zbyt dużo było na "Radioactive" radiowych hitów, które zupełnie nie pasowały do wykonawcy, dodatkowo mimo oczekiwań sprzedała się słabo. Ciekaw więc jestem, jak będzie przy "Love Story"? Zapewne niejeden słuchacz zastanawia się, czy tą płytą uda mu się wrócić do łask. Oby.

piątek, 25 lipca 2014

MUZYKA: 5 niedocenionych amerykańskich raperów

Raperów jest mnóstwo, o czym słuchacze (a często właśnie słuchacz=raper) doskonale wiedzą. Niestety, wielu z nich nie ma tyle szczęścia co mniej utalentowani koledzy; niezrozumiałość, brak dobrego managera i pieniędzy na reklamę (bo dziś nie wystarczy "tylko" być dobrym) czy problemy z wytwórnią (gdy np. na siłę chcą zmusić do nagrywania radiowych hitów, vide Yelawolf), to tylko niektóre powody, dla których wielu raperom po prostu się nie udaje. Poniższa lista zwiera tylko kilku takich, którzy - według mnie - od dawna powinni zasilać szeregi mainstreamu lub przynajmniej zarabiać na zbliżonym poziomie. Kolejność alfabetyczna. 

1. Beanie Sigel
10 lat temu autor tego świetnego numeru miał 30 lat i był na najlepszej drodze do zrobienia wielkiej kariery i sprzedaży (wtedy) co najmniej miliona kopii albumu. Część sukcesów miał już za sobą; w 2000 roku jego debiutanckie "The Truth" wydane nakładem Roc-A-Fella Records pokryło się złotem, sprzedając się w 600 000 kopii. Umotywowany powodzeniem, Beanie nie próżnował, już rok później wydając nowy album pt. "The Reason". I znów chwyciło: 595 000 egzemplarzy wylądowało na półkach słuchaczy. Od tego momentu zaczęły się jednak kłopoty Beaniego z prawem. Raper był kilka razy aresztowany pod przeróżnymi zarzutami: pobicia, usiłowanie zabójstwa (!), niepłacenie alimentów. Prawda jest więc taka, że na wyhamowanie kariery sam sobie zapracował, bo zamiast promować kolejne wydawnictwa, raper znów lądował w więzieniu. Beanie Sigel nagrał jak dotąd 4 solowe płyty (w undergroundowych wytwórniach), płytę z Freeway'em i kilka mixtape'ów. Jego ostatni longplay pt. "This Time" ukazała się w 2012 roku i na liście Billboard 200 zajęła dopiero... 185 miejsce. Oczywiście Beanie nie mógł jej dobrze wypromować, bo 2 tygodnie później trafił do więzienia za niepłacenie podatków (gdzieniegdzie można przeczytać jeszcze o aresztowaniu za posiadanie narkotyków, więc do końca nie wiem, za co przesiedział ostatnie 2 lata - ciężko się w tym wszystkim połapać).

2. Grieves
Przesłuchaliście numer? Coś wam to przypomina? Mnie tak. Otóż, ten 30-letni raper mieszka w Seattle, a debiutował płytą "Irreversible" w 2007 roku. Jego kumplem jest nie kto inny, tylko sam Macklemore, który zanim stał się sławny, bywał i hajpmenem Grievesa. Nie wiem jak wy, ale według mnie, raperami są bardzo podobnymi i szkoda, że Grieves nie zrobił większej kariery. Co prawda jego kolejne płyty (nagrał 4 longplaye i 4 epki) ukazywały się w Rhymesayers Entertainment, ale nigdy nie odbiły się szerszym echem. Choć - tu trzeba zaznaczyć - najnowsza płyta "Winter & The wolves", z której pochodzi powyższy klip, dotarła do 57. miejsca na liście Billboard 200.

3. Hopsin
Kilka lat temu zrobił sporo zamieszania na scenie, a potem jak gdyby... zniknął. Albo raczej - przestał być zauważany. Co prawda Hopsin cały czas nad czymś pracuje i nawet powyższy klip odbił się sporym echem, co widać po wyświetleniach, ale i tak mam wrażenie, że jest go zdecydowanie za mało. Szkoda, bo to raper płodny i kompletny, poza tym widać, że ma ułożone w głowie; Hopsin bowiem stanowczo sprzeciwia się spożywaniu alkoholu i narkotyków, i często krytykuje mainstreamowych raperów. Jego dyskografię zamyka album "Knock Madness", który jest jak dotąd największym sukcesem sprzedażowym rapera z Kalifornii.

4. Jackie Chain
Jeśli mnie pamięć nie myli, to próby zauważenia Jackie Chaina już były; kilka lat temu (2? 3? dokładnie nie pamiętam) raper był nominowany do Freshmenów XXL-a, ale niestety nie został wybrany. W tym czasie w ogóle sporo się o nim mówiło, doceniali go także inni raperzy; Jackie Chain nagrał numery m.in. z Kidem Cudim, Bunem B i Jarrenem Bentonem. Ten pół-Amerykanin, pół-Koreańczyk pochodzi z Huntsville w Alabamie i jest autorem kilku mixtape'ów. W jego przypadku o niedocenieniu świadczy fakt, że dotąd nie nagrał pełnoprawnego albumu, który promowałyby profesjonalne klipy. Jackie Chain jest cały czas na uboczu sceny (nawet tej lokalnej), i chyba mimo wszystko czuje się z tym dobrze.

5. Z-Ro
O ile się nie mylę, to "New York Times" uznał Z-Ro za najbardziej niedocenionego rapera w historii rapu. Nie bez powodu. Z-Ro ma wszystko, co powinien mieć mainstreamowy raper: dobre, hitowe bity, teksty, melodyjne flow, porządne klipy i koneksje: nagrywał m.in. z Bunem B, Pimpem C, Jayem-Z. Do tego dochodzi potężna dyskografia; Z-Ro jest autorem aż 17. płyt, które od 1998 r. wydaje mniej więcej co roku. Obecnie raper ma 35 lat i mieszka w rodzinnym Houston w Teksasie, a w tym roku planuje wypuścić kolejną płytę pt. "The Crown" w wytwórni Asylum Records, której właścicielem jest Warner Music Group. Czy tym razem uda mu się oczarować więcej słuchaczy? Mam taką nadzieję.