poniedziałek, 8 września 2014

SERIALE: "The Power", czyli dobry gangsterski serial

Początkowo podchodziłem do tego serialu sceptycznie. Wydawało mi się, że będzie to kolejna historia o gangsterach w Nowym Jorku, jakich powstało już co najmniej kilkadziesiąt. W dodatku serial wyprodukował 50 Cent, sądziłem więc, że niczego szczególnego nie powinienem się po "The Power" spodziewać...

Pierwszy odcinek, delikatnie mówiąc, nie zachwycił, choć zaczął się, zgodnie z przykazaniem Hitchcocka, od trzęsienia ziemi. Oto "na dzień dobry" obserwujemy, jak wysoko postawieni gangsterzy rozliczają się z jakimś nic nieznaczącym pionkiem. Jeden strzał i... koniec. Później jednak zrobiło się mniej brutalnie - James St. Patrick, czyli głowa gangu, w nowo otwartym przez siebie klubie spotyka miłość sprzed lat - Angelę Valdez. Dalszy schemat powinniście znać - James i Angela wspominają stare dzieje, zaczynają coraz częściej się spotykać, wspólne lunche przeciągają się do wspólnych kolacji, a to ostatecznie doprowadza ich do romansu. Jamiemu, jak pieszczotliwie nazywa go Angela, nie przeszkadza w tym oczywiście fakt, że ma żonę i trójkę dzieci.

Tymczasem po ulicach Nowego Jorku zaczyna krążyć nowa jednostka policyjna, która ma na celu zidentyfikowanie groźnego dostawcy narkotyków. James St. Patrick i jego wspólnik - Tommy Egan, nie zdają sobie jeszcze sprawy z tego, że i oni mogą się znaleźć na celowniku policji. Nie wiedzą, że to właśnie o nich chodzi mundurowym. Obaj bowiem wprowadzają na ulice spore ilości narkotyków. Widz obserwuje na zmianę ich pracę oraz romanse (bo i Tommy poznaje w końcu dziewczynę, która wydaje mu się "tą jedyną"). Co ciekawe, obserwując relacje między Jamesem a Angelą tylko widz wie, że On jest gangsterem, a Ona - policjantką z wyżej wspomnianej jednostki...

Z biegiem czasu Jamesa St. Patricka nachodzą pewne wątpliwości, co do prowadzonego życia. Najchętniej rzuciłby w diabły niebezpieczną robotę, rozwiódł się z żoną i zajął wyłącznie legalnym klubem. Nie tak łatwo jest jednak spalić za sobą wszystkie mosty. Klub służy jako pralnia pieniędzy, a Tommy, jego wspólnik i najlepszy przyjaciel zarazem, na pewno nie pozwoliłby Jamesowi odejść z interesu. Panowie w dodatku nie są tak do końca niezależni - nad sobą mają jeszcze grubszą rybę, a do wyjścia z więzienia szykuje się ich dawny pracodawca Canan, w którego wcielił się 50 Cent.

Nie będę zdradzał całej fabuły. Ale z czystym sumieniem polecam ten serial. "The Power" ma tylko 8 odcinków, lecz stacja Starz zamówiła już podobno kolejny sezon. Aktorzy trzymają wysoki poziom, rzekłbym nawet, że dzięki nim uważam ten serial za jedną z najlepszych gangsterskich historii jakie widziałem (a widziałem sporo). Jedyne co mnie irytowało, to długie i jakby na siłę wepchnięte sceny erotyczne, które w żaden sposób nie popychały akcji do przodu.

Ciekawostką jest także fakt, że aktor grający wspólnika St. Patricka - Tommy'ego Egana to... Amerykanin polskiego pochodzenia, Joseph Sikora. Stworzył on w "The Power" naprawdę ciekawą postać - Tommy to skrzyżowanie Holdera z "The Killing"... z Eminemem, z czego zresztą wiele razy bohaterowie stroją sobie żarty, bo Tommy jest jedynym białasem w ekipie, w dodatku na samym szczycie gangu. Aż dziwne, że na okładce serialu widnieje tylko postać Omari Hardwicka, czyli serialowego Jamesa, skoro Sikora kilka razy mocno przyćmił go swoją grą. Rozumiem jednak, że Hardwick jest bardziej znany i pewnie to było głównym powodem, dla którego znalazł się na tej okładce.

Sporo do serialu wnoszą także postaci drugoplanowe - żona Jamesa, Tasha (w rzeczywistości jest to piosenkarka Naturi Nauhgton), która początkowo wkurzała, a potem zrobiło mi się jej wręcz żal, kiedy jej postać zmieniła się w zrozpaczoną, zdradzaną żonę. Dobrze radzi sobie także niejaki Sinqua Walls, serialowy Shawn, syn Catana. To chyba najmniej znany aktor z obsady, który w "The Power" gra zakochanego w Tashy kierowcę Jamesa St. Patricka.

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Otóż, nie miałbym pewności, że Joseph Sikora to Polak, ponieważ w internecie niewiele na jego temat można znaleźć... gdyby nie odpisał mi na Twitterze:
Tak więc, tym bardziej polecam "The Power". :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz