wtorek, 11 listopada 2014

SERIALE: "Zbrodnia", czyli jak to wygląda po polsku

Nie przesadzę, twierdząc, że serial "Zbrodnia" produkowany i emitowany przez stację AXN pojawił się nagle i znienacka. Bez dużej kampanii reklamowej oraz trailerów zapowiadających serial kilka miesięcy przed premierą, czyli odwrotnie, niż "Wataha". Mimo to, kryminał AXN-u można chyba traktować jako konkurencję dla HBO-owej "Watahy", ponieważ obie produkcje pojawiły się mniej więcej w tym samym czasie i obie to rasowe kryminały. W tym tekście zamierzam jednak skupić się wyłącznie na "Zbrodni", która 2 tygodnie temu doczekała się finału i można ją oceniać już całościowo.

Od razu należy napisać, że "Zbrodnia" jest polską wersją szwedzkiego serialu "Morden i Sandhamn", który jest adaptacją powieści "Na spokojnych wodach", autorstwa Viveci Sten. Powieść ta była debiutem pisarskim Sten, o której można powiedzieć wiele (np. to, że pracuje jako prawniczka w szwedzko-duńskiej poczcie PostNord), ale nie to, że jest popularna. To duży plus dla polskich producentów; z jednej strony przedstawili nam coś niemal nieznanego, z drugiej natomiast zapewne zaoszczędzili sporo pieniędzy, kupując prawa do ekranizacji mało znanej książki i mało znanego serialu.

Głównym bohaterem "Zbrodni" jest 30-paroletni komisarz Tomasz Nowiński. Jak to bywa często w tego typu produkcjach, Nowiński to nietypowy (czyli typowy) policjant, borykający się z wieloma problemami. Jest rozwodnikiem i cierpi na bezsenność, a smutki i rozczarowania topi w alkoholu. Nie jest to więc nic nowego, czego dotąd nie było w powieści czy serialu kryminalnym. Ale grający tę rolę Wojciech Zieliński wypada dobrze i przekonująco; czasem tylko zgrzytają wypowiadane przez niego dialogi, które brzmią sztucznie, lecz to już wina scenarzystów, a nie samego aktora.

To, co intryguje w "Zbrodni", to nie samo pytanie: "Kto zabił?", a... miejsce akcji. Otóż, akcja rozgrywa się w nietypowych jak na polskie warunki sceneriach Półwyspu Helskiego - miejsca, które ma niezwykły potencjał, lecz wykorzystuje się je nader rzadko. W serialu inspirowanym skandynawskimi produkcjami prezentuje się jednak idealnie; jest wietrznie i chłodno, a Bałtyk dodaje temu wszystkiemu świetny klimat nudnego, nadmorskiego miasteczka, w którym pewnego dnia dochodzi do morderstwa. Ujęcia kręcone dronami jeszcze bardziej uświadamiają widzowi, jak intrygujący jest Półwysep Helski.

Nie będę się skupiał na fabule, bo nie o to tutaj chodzi. Napiszę tylko, że warto "Zbrodnię" obejrzeć. Choć dialogi czasami kuleją, a akcja zdaje się zbyt szybko pędzić do przodu (serial ma tylko 3 odcinki - mógłby mieć co najmniej 5 i wówczas prezentowałby się o niebo lepiej), to stoi o kilka poziomów wyżej od innych produkcji polskich, którymi karmią nas telewizje. Przy okazji można zobaczyć rodzimych aktorów w innych, niż dotąd rolach, tzn. lepszych: są tu Radosław Pazura, Magdalena Boczarska, Magdalena Zawadzka oraz Dorota Kolak - mająca chyba najlepszą rolę w "Zbrodni". Finał nie porywa (rozwiązanie nieco naciągane i przewidywalne), lecz jeśli Polacy są w stanie robić takie seriale, to znaczy, że mogą naprawdę wiele.

niedziela, 9 listopada 2014

RECENZJA KSIĄŻKI: Carl-Johan Vallgren - "Człowiek, który zostawił po sobie cień"

Pierwszy kryminał spod ręki Carla-Johana Vallgrena, to mroczna opowieść snująca się jak tytułowy cień pomiędzy ciemnymi sztokholmskimi uliczkami, do których lepiej nie zaglądać po zmroku. Oprócz umieszczenia nieodzownego w takiej powieści wątku kryminalnego, autor porusza także ważne, lecz nierzadko traktowane jak tabu, kwestie; to narkomania, wychodzenie z kompletnego dna i beznadziei oraz tajemnicze zaginięcia ludzi, po których ślad się dosłownie urywa.

W "Człowieku, który zostawił po sobie cień", najważniejszym wątkiem jest zaginięcie 7-letniego Kristoffera Klingberga w czerwcu 1970 roku. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa, nic nie zapowiada tragedii, która aż do śmierci będzie spędzać sen z powiek rodziców chłopca. Tego feralnego dnia Kristoffer wraz z ojcem i młodszym bratem śpieszy się do metra na pociąg, który lada chwila ma się pojawić na peronie. Ojciec chłopców jest zły sam na siebie, bo w oczekiwaniu na Kristoffera (którego odbierał z urodzin kolegi) zdążył wypić kilka piw i teraz nie czuł się najlepiej. W pewnym momencie starszy syn prosi, by pozwolił mu zjechać na peron windą, podczas gdy on z młodszym dzieckiem pojadą ruchomymi schodami. W panującym wokół zamęcie ojciec przystaje na propozycję. Prosi Kristoffera, by ten zaczekał na nich na dole. Kiedy jednak zjeżdża z Joelem (drugim synem) na peron, 7-latka nie ma. Zniknął. Rozpłynął się w powietrzu.

Tak oto zaczyna się tragiczna historia rodziny Klingbergów, którzy już zawsze będą cierpieć po utracie syna, wnuka i brata. Vallgren w kolejnych rozdziałach przenosi fabułę do czasów współczesnych, a głównym bohaterem ustanawia Danny'ego Katza - lingwistycznego i komputerowego geniusza, byłego tłumacza w siłach zbrojnych, z mroczną przeszłością. Tak mroczną, że aż dziw bierze, iż udało mu się wykaraskać z bagna, w którym przez lata żył.

Danny Katz to obecnie zwyczajny człowiek, który prowadzi niewielkie biuro tłumaczeń w Sztokholmie. Żyje skromnie i spokojnie, bez szaleństw starcza mu na życie i drobne przyjemności. Burzliwa młodość wciąż jednak daje o sobie znać; nie tak łatwo bowiem zapomnieć kilkanaście lat życia na krawędzi - kradzieży, włamań i uzależnienia od heroiny. Traumatyczne wspomnienia wciąż dają o sobie znać, Katz czasem nawet śni, że znów jest uzależniony od narkotyków.

Równie ważnym bohaterem jest Joel, czyli młodszy z Klingbergów. Katz poznaje go w trakcie nauki w szkole wojskowej. Obaj nastolatkowie z miejsca stają się przyjaciółmi. Po latach ich znajomość jednak zaniknie, a wszystkie wspomnienia wrócą, kiedy Joel Klingberg także zaginie. Wówczas o pomoc Katza prosi żona Klingberga, Angela. Ma nadzieję, że Katz będzie w stanie jej pomóc. Główny bohater chwilę się waha, ostatecznie jednak wyraża zgodę. Odnalezienie Joela (lub przynajmniej jego zwłok) nie będzie jednak łatwe. Katz sam stanie się ofiarą wysoko postawionych ludzi, po których nigdy by się nie spodziewał, że mogą być w tę sprawę zamieszani.

Powieść Vallgrena czyta się szybko i łatwo, choć pod koniec akcja nieco spowalnia, jakby w obawie przed rychłym zakończeniem. Mimo iż przez 3/4 książki bohaterem pierwszoplanowym jest Katz, to później na jego miejsce wskakują także inne osoby. Nie jest to oczywiście złe, bo akcja wciąż pędzi do przodu i logicznie trzyma się faktów, ale jednak wolałbym przez całą książkę mieć do czynienia wyłącznie z samym Katzem.

Carl-Johan Vallgren, wydając "Człowieka, który zostawił po sobie cień", zapowiedział początek serii z Dannym Katzem. W Szwecji wydaje ją pod pseudonimem Lucifer.

Autor: Carl-Johan Vallgren
Tytuł: Człowiek, który zostawił po sobie cień
Wydawca: Amber
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 319

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu Amber

sobota, 25 października 2014

RECENZJA KSIĄŻKI: Stephen King - "Doktor Sen"

Zeszłoroczna powieść Stephena Kinga wzbudziła wśród czytelników (tych stałych, ale i tych mniej stałych także) nie lada poruszenie. Oto bowiem Król Stefan oświadczył, że jego kolejna książka będzie... kontynuacją "Lśnienia".

Aż 36 lat trzeba było czekać na nowe przygody Dana Torrance'a. Życie kilkuletniego chłopca, którego pamiętamy z "Lśnienia" nie przebiegało jednak zbyt szczęśliwie i wydaje się wręcz, że to od momentu zamieszkania w hotelu Panorama w 1977 roku, wszystko zaczęło się psuć. Niewinny dzieciak z paranormalnymi zdolnościami nie miał łatwego życia; traumatyczne przeżycia z dzieciństwa, w tym śmierć ojca, stały się głównym bodźcem do marnowania sobie życia. Dorosły Dan Torrance to alkoholik, nie stroniący również od twardych narkotyków, wiecznie spłukany i nierzadko bezdomny menel. Dorosły Danny nie ma nikogo, kto mógłby mu pomóc; matka umarła wiele lat temu na raka, a on sam nie miał nikogo innego. Stoczył się, zapomniany i odrzucony przez wszystkich.

Tak mniej więcej przedstawiają się losy głównego bohatera na pierwszych kilkudziesięciu stronach książki (a jest ich, bagatela, prawie 700!). Stephen King zrobił czytelnikom niezłego psikusa, kreśląc postać Torrance'a niemal jako antybohatera, którego trudno polubić. Przy okazji pokazał, że w książce - tak jak w życiu - wszystko się zmienia; niewinne dzieci mogą stać się okropnymi dorosłymi, wybitnie uzdolnione kompletnymi głupkami, a szare myszki okazać się prawdziwymi geniuszami. Nic nie jest pewne. Wszystko da się zmienić.

"Doktor Sen" przedstawia 3 historie, na pierwszy rzut oka niepowiązane ze sobą, lecz z kolejnymi rozdziałami wyraźnie łączy je coś wyjątkowego. Po pierwsze, poznajemy losy Dana Torrance'a po 36 latach od tragicznych wydarzeń w hotelu Panorama. Po drugie, pewne małżeństwo, którego córka wykazuje niezwykłe zdolności paranormalne - potrafi, na przykład, siłą umysłu zawieszać sztućce na suficie... Po trzecie, narrator przedstawia historię dziwacznej grupy osób, która przemierzając Amerykę, morduje ludzi. Nie są oni jednak prymitywnymi mordercami; ich także wyróżniają pewne umiejętności oraz dar, którego nikt oprócz nich nie posiada, a mianowicie - nieśmiertelność.

"Doktor Sen" to opowieść drogi. Opowieść o zmianach w życiu, które nie zawsze są zgodne z naszymi marzeniami i zamiarami. To wreszcie opowieść o ludziach wyjątkowych, którzy czasem nie rozumieją własnych zdolności, czasem ich nie doceniają, niekiedy wykorzystują do parszywych celów... Stephen King, tworząc tę kontynuację pokazał, że wciąż potrafi świetnie pisać. Różnice pomiędzy "Doktorem Snem" a "Lśnieniem" są dość wyraźne (chociażby inny styl czy inny sposób prowadzenia wątków), co pokazuje, jak bardzo czas zmienia świat i ludzi.

Autor: Stephen King
Tytuł: Doktor Sen
Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 653

wtorek, 14 października 2014

FILMY: "El Cuerpo", czyli dlaczego nie warto zadzierać z kobietami

Jakoś tak się składa, że dotąd nie byłem fanem hiszpańskich filmów. Głównie dlatego, iż niewiele ich widziałem, bo Polacy raczej o hiszpańskiej kinematografii nie piszą, a stacje telewizyjne wolą emitować po raz tysięczny to samo; po drugie, te, które akurat miałem okazję obejrzeć (a było ich zaledwie kilka) jakoś nieszczególnie do mnie przemawiały, np. dziwaczne "Rec 3: Geneza". Bywa jednak, że najlepsze rzeczy trafiają się przypadkiem lub na "chybił-trafił" i "El Cuerpo" idealnie wpasowuje się w tę teorię.

"El Cuerpo", czyli w polskim tłumaczeniu "Trup", to rozgrywający się współcześnie mroczny kryminał. Wszystko tu dzieje się wśród cieni, mrocznych zaułków i wiecznie padającego deszczu. Na dodatek muzyka, ze szczególnym uwzględnieniem smyczków, sprawia, że włos się jeży na głowie, i nie tylko... Klimat tej produkcji z 2012 roku to coś, co jest największą zaletą filmu.

Głównym bohaterem "El Cuerpo" jest dobiegający 40-stki profesor matematyk, Alejandro "Alex" Ulloa Marcos. Facet ewidentnie przechodzi kryzys wieku średniego, a będąc pół życia pod pantoflem silnej i bogatej żony, dochodzi w końcu do wniosku, że chce coś w swoim życiu zmienić. Grający rolę uczonego hiszpański aktor Hugo Silva stworzył postać tchórzliwego, a czasem wręcz powodującego irytację u widza Alejandra, który - gdyby nie żona - prawdopodobnie w ogóle niczego by w życiu nie osiągnął. Oczywiście, pantoflarzem jest do czasu, kiedy zakochuje się w jednej ze swoich studentek, Carli Miller. Jego żona - Mayka - wkrótce zaczyna się wszystkiego domyślać. I wtedy robi się niebezpiecznie...

Fabuła jest dość prosta, ale zwroty akcji i świetne dialogi powodują, że przez niepełne 2 godziny trudno oderwać wzrok od ekranu. Oto bowiem żona profesora niespodziewanie umiera, a niedługo potem jej ciało... znika z kostnicy. Co się z nim stało? Kto i kiedy je ukradł, a poza tym - co kierowało złodziejem? Na te pytania próbuje odpowiedzieć prywatny detektyw Jaime Pena i jego zespół. Oczywiście na pierwszy ogień biorą oni najbliższą Mayce osobę, czyli Alexa. Mimo to, do końca filmu wydaje się, że sami nie wiedzą, kto dokonał zabójstwa (i czy w ogóle dokonał), ani gdzie jest owo ciało.

Akcja goni akcję, co kilka minut sprawa prezentuje się inaczej, i widz zupełnie nie wie, co jest grane. Między śledztwem pojawiają się retrospekcje Alexa, i jak na dłoni widać, że jego relacje z żoną wcale nie były idealne. Wszyscy tu wydają się kryć jakąś mroczną tajemnicę; nawet detektyw Pena od lata boryka się z traumą, która na zawsze zmieniła jego życie.

"El Cuerpo" to kinowy debiut reżyserski Oriol Paulo, 39-latka urodzonego w Barcelonie. Oglądając film, widać, że reżyser bardzo się przyłożył do swojego pierwszego dzieła, ponieważ brak tu upchniętych na siłę scen, dziwacznych rozwiązań fabularnych czy kiepskiej gry aktorskiej (jak to się często przy debiutach zdarza). Film był nawet nominowany do prestiżowej hiszpańskiej nagrody w 5. kategoriach, lecz statuetkę przyznano mu jedną - za pierwszoplanową rolę profesora Alexa otrzymał ją wspomniany wyżej Hugo Silva. I słusznie, bo gra tu bardzo przekonująco.

Na uwagę zasługuje także znakomicie napisana postać żony profesora - bogatej bizneswoman Mayki. Poczucie humoru tej kobiety sprawia, że z ochotą sam bym ją ukatrupił, dlatego koniecznie polecam ten film, by zrozumieć, o co mi chodzi. Reżyser wodzi widza za nos, sugeruje albo wręcz daje na tacy mordercę, lecz ostatecznie sprawa wygląda zupełnie inaczej, niż się tego ktokolwiek spodziewa... 2-godzinny seans z "El Cuerpo" nie będzie więc czasem straconym, a sam kryminał potwierdza moją tezę, że najlepsze kryminały robią Europejczycy.

niedziela, 28 września 2014

RECENZJA KSIĄŻKI: 50 Cent - "Szacunek ulicy"

Gdybym miał młodsze rodzeństwo (takie w wieku gimnazjalnym), bez wahania poleciłbym mu tę książkę. Sygnowany pseudonimem 50 Centa "Szacunek ulicy" to nie tylko produkt marketingowy, lecz przede wszystkim świetna, pouczająca opowieść o chłopcu zagubionym w świecie dorosłych.

Głównym bohaterem "Szacunku ulicy" jest Buła - czarnoskóry 13-latek oraz Liz - pani psycholog, do której chłopiec jest zmuszony uczęszczać po pewnym szkolnym incydencie. Rodzice Buły jakiś czas wcześniej rozwiedli się i właściwie od tego momentu Buła nieustannie pakuje się w kłopoty. Choć sam nie zdaje sobie z tego sprawy, rozwód rodziców jest dla niego traumatycznym przeżyciem, o którym wciąż trudno mu zapomnieć. Buła przeprowadza się bowiem z metropolii do małego miasteczka (którego szczerze nienawidzi), cierpi z braku stałego kontaktu z ojcem, a w dodatku swemu jedynemu przyjacielowi spuszcza bez powodu łomot, dodajmy - dość wymyślny łomot...

Przez większość krótkich rozdziałów obserwujemy rozmowy pomiędzy Bułą a Liz, do której gabinetu chłopiec przychodzi dwa razy w tygodniu. Niechętnie opowiada o sobie, o swoich troskach i radościach, choć czytelnik bez problemu jest w stanie zinterpretować większość zachowań Buły. Chłopiec nie docenia wysiłków matki, która haruje po kilkanaście godzin dziennie, by jakoś związać koniec z końcem, natomiast niemal pod niebiosa wynosi swego ojca; nieodpowiedzialnego lowelasa, który syna ma tak naprawdę gdzieś; często wyśmiewa jego otyłość, a jego samego traktuje jak piąte koło u wozu. Z tego prawdopodobnie wynikają kompleksy chłopca. Oczywiście Buła to wszystko widzi, lecz i tak ojciec jest dla niego najważniejszy.

Przez długi czas niewiele się w życiu Buły zmienia; chłopiec nie umie się dogadać z matką, nie ma kolegów, lunche jada w... szkolnej toalecie dla niepełnosprawnych, a na dodatek wkurza się, że musi chodzić na spotkania z psychologiem. Coś się jednak zmienia w jego zachowaniu dopiero, kiedy zaprzyjaźnia się z Nią - koleżanką ze szkoły, która Bule się bardzo podoba. Trochę jakby dojrzewa? A może dostrzega, jakie dotąd przykrości wyrządzał innym ludziom? Trochę tak jest - chłopiec nawet chce zyskać zaufanie dziewczyny, lecz wszystko z własnej winy psuje w ciągu jednej chwili... Od tej chwili czuje się jeszcze parszywiej.

W "Szacunku ulicy" akcja, mimo że jej praktycznie nie ma, bo wszystko niemal rozgrywa się w gabinecie Liz, jest wartka i kilka razy zapiera dech w piersiach; za każdym bowiem razem Buła opowiada pani psycholog najważniejsze wydarzenia mijającego tygodnia. To bardzo ciekawa rzecz. Chłopiec uważa się za silnego i dorosłego mężczyznę, zupełnie nie żywi sympatii do Liz, ale to właśnie rozmowy z nią, a raczej wygłaszane przez Bułę monologi, pozwalają mu pozbyć się skłębionych w środku, złych emocji. Nawet, gdy Liz przez całą godzinę milczy. Chłopiec, trochę odtrącony przez ojca i nie czujący wsparcia od zapracowanej matki, potrzebuje po prostu, by go ktoś wysłuchał. Tylko tyle i aż tyle.

W pewnym momencie "Szacunku ulicy" następuje zwrot akcji, którego sam zupełnie się nie spodziewałem (choć powinienem, bo sam wątek przewija się dość regularnie). Nie mogę jednak zdradzić o co chodzi, ponieważ jest to dość ważny element fabuły, zmieniający w życiu Buły dosłownie wszystko - powiem tylko, że na lepsze. Jakkolwiek jednak by nie było, jest ów wątek dość kontrowersyjny i zapewne nie wszystkim się czytelnikom takie rozwiązanie się spodoba.

"Szacunek ulicy" 50 Centa i widniejącej wewnątrz książki Laury Moser, tak jak wspomniałem, jest świetną pozycją przede wszystkim dla młodszych czytelników. Oni najlepiej zrozumieją codzienne problemy Buły, takie jak odrzucenie przez grupę, kompleksy, pasję czy pierwsze zauroczenie. Starszym czytelnikom książka także może przypaść do gustu, choć będą oni zapewne nieco inaczej postrzegać Bułę; jako wymagającego uwagi zagubionego chłopca, który początkowo wydaje się nie doceniać wysiłków matki, by koniec końców zrozumieć, jak bardzo go ona kocha.

Autor: 50 Cent
Tytuł: Szacunek ulicy
Wydawca: SQN
Rok wydania: 2014
Liczba stron: 319

Za egzemplarz książki dziękuję Wydawnictwu SQN

piątek, 26 września 2014

SERIALE: "The Last Ship", czyli ostatnia nadzieja ludzkości

To nie jest jakiś wyjątkowy serial, oparty na fabule, której nigdy wcześniej nie dane mi było poznać. Historia o załodze marynarki wojennej pojawiała się w kinie i telewizji wiele razy i od dawna jest sprawdzonym przepisem na pokrzepienie serc Amerykanów. Zwłaszcza obecnie wydaje się, że taki serial wręcz musiał powstać. "The Last Ship", mimo ogranego pomysłu, bije jednak na głowę większość debiutujących w tym roku produkcji.

Jest mimo wszystko pewna rzecz, która pozwala ten serial nazwać oryginalnym. Twórcy wymieszali bowiem wiele ogranych wątków i stworzyli coś na wskroś nowego; jest tu, jak wspomniałem, załoga marynarki wojennej ze wszystkimi swoimi problemami prywatnymi i zawodowymi (romanse, tęsknota za rodziną, chęć zrobienia wojskowej kariery), jest tajemniczy wirus, którego dotąd nikt nie umie pokonać (vide "The Strain"), jest w końcu konflikt z Rosją, czyli "coś na czasie", a jednocześnie wyraźnie odwołujące się do "Polowania na Czerwony Październik". Czytelnicy książek, znający natomiast uniwersum Stalkera, w wątku science-fiction również znaleźliby podobieństwa do tej serii... Oto bowiem prawie cała ludzkość ginie, zarażona tajemniczym wirusem, rządy państw upadają, i tylko gdzieniegdzie grupki uzbrojonych rebeliantów usiłują przetrwać zagładę. Czy im się uda? Czy dożyją dnia, w którym naukowcy opracują szczepionkę przeciwko wirusowi? 

O tym dowiecie się, oglądając "The Last Ship". Jeśli jednak mam nakreślić w kilku zdaniach fabułę, to wygląda ona tak: oto załoga niszczyciela marynarki wojennej U.S.S. Nathan James, spędza kilka miesięcy na Arktyce. Naukowcy prowadzą ważne badania, zaś mundurowi czuwają nad ich bezpieczeństwem. Przez te kilkadziesiąt dni załoga nie kontaktuje się z lądem - na prośbę rządu. Gdy jednak któregoś dnia naukowcy zostają ostrzelani przez rosyjskie helikoptery, kapitan Tom Chandle decyduje się nawiązać kontakt ze swoimi ludźmi w USA (trochę to wszystko naciągane, ale przymknąłem oko). Czego się dowiaduje? Że tajemniczy wirus, który po raz pierwszy zaatakował w Egipcie, rozprzestrzenia się z niebywałą szybkością; że wielu ludzi już zginęło, w tym na 90% także rodziny marynarzy. Dla 270-osobowej załogi jest to szok, ale nieustraszony kapitan Chandle (w tej roli Eric Dane, znany z roli Marka Sloana w "Chirurgach") stara się utrzymać wszystko w ryzach. Bo przecież trzeba dalej żyć.

To, co mi się nie podoba w tym serialu, to rzecz, która przewija się przez większość takich produkcji. Jak zwykle to silni i odważni Amerykanie stają w obronie ludzkości. I jak zwykle robią to po to, by przysłużyć się swojej ukochanej Ameryce. Mniej więcej takie zdania pojawiają się nawet w dialogach wygłaszanych przez aktorów, co według mnie ujmuje naturalności. Czy bowiem naprawdę w momencie zagrożenia życia, dwu marynarzy rozmawiałoby o miłości do swej ojczyzny? Zupełnie tak, jakby ludzie na całej planecie trzymali kciuki za powodzenie ich misji (która przecież dobiegła końca), a ich niszczyciel był niczym Arka Noego ze zdrowymi mężczyznami i kobietami każdej rasy (oraz wyznania i orientacji seksualnej - serio!).

Mimo tych niedoskonałości (choć dla innych może to przecież nie grać roli), serial ogląda się dość dobrze. Fabuła trzyma się kupy, zagadkowa epidemia jest intrygująca, a aktorzy grają naturalnie. W pierwszych odcinkach niemal brak wątków pobocznych, więc trudno powiedzieć, czy będą one równie ważne, co walka z epidemią i napotkanymi wrogami (np. terrorystami z Guantanamo). Plusem jest także to, że w przeciwieństwie do reszty debiutujących w tym roku seriali w podobnej konwencji, "The Last Ship" dobrze waży momenty przyśpieszonej akcji oraz spokojnych scen, w których marynarze wspominają np. rodziny. Niczego nie jest za dużo, niczego za mało. Natomiast tę nieumiejętność ważenia, zarzucam m.in. "The Strain", które około 7. odcinka zrobiło się nudne, czy "The Lottery", którego nawet pilot nie porwał (ale o tym kiedy indziej).

"The Last Ship" przypomina mi nieco "JAG: Wojskowe Biuro Śledcze". Starsi czytelnicy tego bloga na pewno pamiętają amerykański serial o wojskowych prawnikach, którzy odbywali służbę nie tylko w USA, ale i w Afganistanie czy Iraku. Relacje między głównymi bohaterami, czyli kapitanem Danem i dr Rachel Scott są podobne, podobne są także "patriotyczne" chwyty stosowane przez scenarzystów i reżysera. Tak przynajmniej ja to odbieram. A tym, którzy nie do końca wiedzą o czym mówię, polecam zapoznać się i z "The Last Ship", i z "JAG" - wtedy na pewno mnie zrozumiecie.

niedziela, 21 września 2014

SERIALE: "Z Nation", czyli oglądaj na własną odpowiedzialność

The Asylum, czyli studio odpowiedzialne za nowo powstały serial "Z Nation", znane jest z produkcji filmów, delikatnie rzecz ujmując nie najlepszych. Amerykański producent skupiający się na niskobudżetowych produkcjach, zazwyczaj od razu przeznaczonych na rynek DVD, nakręcił między innymi takie hity jak: "Titanic II", "Dwugłowy rekin atakuje" czy "Atlantic Rim" (jako tańszą odpowiedź na "Pacific Rim"). Mimo nietrzymających się logiki scenariuszy, kiepskiej gry aktorskiej oraz słabych efektów specjalnych, studio The Asylum najwyraźniej wychodzi jednak na swoje, skoro "produkty filmowopodobne" (ang. mockbuster) kręci nieprzerwanie od 1999 roku, i to w ilości 7-10 rocznie. Czy "Z Nation" różni się czymś od reszty tworów The Asylum?

Zdecydowanie nie. Krytycy zaś zgodnie twierdzą, że to najgorszy serial jaki zadebiutował w tegorocznej ramówce. I chyba właśnie dlatego bardzo chciałem go obejrzeć. Czy rzeczywiście jest tak zły? No jest. Ale zacznijmy od początku. W pierwszym odcinku dowiadujemy się, że od apokalipsy zombie minęły właśnie trzy lata. Tajemniczy wirus, którego po dziś dzień nie udało się zwalczyć, zapanował na całym świecie, doprowadzając do upadku państw, rządów, banków, całych społeczeństw, słowem: ludzkości. Obecna sytuacja niestety także nie wróży nic dobrego. Zombie rozprzestrzeniają się w zastraszającym tempie, atakując nawet najbliższych członków rodziny czy sąsiadów. Oczywiście miejscem, w którym tli się jeszcze iskierka nadziei na poprawę ludzkiego losu, jest silna i zdecydowana Ameryka. To tam grupka wojowników zdecydowała się walczyć z zombiakami.

Tak naprawdę nie wiadomo, o co w "Z Nation" chodzi. Momentami jest akcja, bohaterowie gdzieś idą, kogoś poznają, zabijając przy okazji kilku zombie, i idą dalej... Scenarzysta ani reżyser nie zdecydował się przybliżyć sylwetek głównych bohaterów, w związku z czym poznajemy tylko ich imiona. Nie wiemy skąd się znają, skąd się wzięli, czy tworzą jakąś militarną grupę - nie wiemy o nich NIC.

Charakteryzacja zombie także nie zachwyca. O ile w "The Walking Dead" potwory wyglądają realistycznie, o tyle tutaj wszystko jest sztuczne, i widać to na pierwszy rzut oka. Z tego powodu czasami sam już nie wiedziałem, czy "Z Nation" chce być dramatem czy komedią. Bijatyki wyglądały bowiem dość zabawnie.

Jeśli chodzi o scenariusz, ostatecznie można pochwalić za logiczność jeden wątek. Oto bohaterowie spotykają na swojej drodze człowieka, którego krew zawiera antyciała na walkę z wirusem. Muszą go jednak dostarczyć żywego z Nowego Jorku do Kalifornii, gdzie znajduje się specjalistyczne laboratorium, dowodzone przez niejakiego... Citizen Z (to chyba imię i nazwisko). Domyślam się więc, że to będzie głównym wątkiem, wokół którego będzie się obracała fabuła "Z Nation".

Oryginalna emisja rozpoczęła się 12 września i ma zakończyć się po 8. odcinkach. Oglądać to czy nie? Z całą pewnością "Z Nation" poprawia humor absurdalnymi sytuacjami, jakie dzieją się na ekranie. Z drugiej jednak - czy warto marnować 45 minut życia na taki badziew?

wtorek, 16 września 2014

OPOWIADANIE: "Dziewczyna z ulicy"

Tydzień nic nie pisałem, wrzucam więc takie krótkie i niezobowiązujące opowiadanie kryminalne, które popełniłem jakiś czas temu...

Jestem na Szerokiej, w niewielkiej i przytulnej restauracyjce „Manekin”. Dopiero południe, większość stolików jest jeszcze pusta, mogę więc w spokoju zjeść swojego naleśnika z mięsem mielonym i nie obawiać się, że kogoś trącę łokciem, albo że ktoś inny będzie mnie irytował głośnym gadaniem. Mam kaca, dlatego cisza oraz spokój są przeze mnie wręcz pożądane.

W zamierzchłych czasach, zanim jeszcze porzuciłem studia historyczne i zostałem policjantem, pracowałem w tym lokalu na pół etatu. Byłem kelnerem. To fajna robota, zwłaszcza, że „Manekin” znajduje się w centrum miasta. Tu zawsze jest ruch, kręcą się turyści, ktoś zostawi napiwek, a co bardziej obrotni kelnerzy potrafią nawet uzbierać sobie z nich drugą pensję. Byłem jednym z takich gości. Teraz lubię tu przychodzić, bo wiem, jak przygotowywane jest jedzenie, i znam kierowniczkę; dziesięć lat temu oboje najęliśmy się do pracy w „Manekinie”.

Agnieszka właśnie dziś jest na posterunku. Uśmiecha się na mój widok. Dawno się nie widzieliśmy, więc na pewno będzie chciała pogadać.

– Cześć, Sławek. Smakuje?

– Naleśnik z mięsem zawsze.

Agnieszka marszczy brwi. W wyrazie mojej twarzy dostrzegła chyba coś niepokojącego.

– Nie wyglądasz najlepiej. Wszystko w porządku?

– Mam dużo stresu w pracy – wzruszam obojętnie ramionami. – Wiesz jak jest.

Wcale nie wie; nawet przez myśl jej nie przejdzie, jaką mam uciążliwą robotę. Ale kiwa głową.

– Wiesz – uśmiecha się – drzwi naszego lokalu są dla ciebie zawsze otwarte. Jak będziesz chciał, to po starej znajomości mogę ci u nas załatwić jakąś fuchę.

Nie mam ochoty na żarty, ale odwzajemniam uśmiech.

– Dzięki, Aga. Może kiedyś skorzystam.

Oddala się w stronę kuchni, ja tymczasem pochłaniam naleśnika i popijam solidnym łykiem wody. W kieszeni płaszcza brzęczy moja komórka. Dzwoni Jasiński.

– Dzień dobry, szefie! Nie przeszkadzam?

Jego głos w połączeniu z moim kacem sprawia, że robię się poirytowany.

– Jest środek niedzieli, więc sam się domyśl – odpowiadam z przekąsem.

W słuchawce słyszę delikatne chrząknięcie.

– Nasi ludzie znaleźli na Reja martwą kobietę. Wygląda na jakieś dwadzieścia lat, więc to pewno studentka – informuje Jasiński. Wreszcie nauczył się rozmawiać jak człowiek. Krótko, zwięźle i na temat.

– Za piętnaście minut będę. Cześć – odpowiadam i rozłączam się.

Toruń to wbrew pozorom małe miasto; z jednego krańca na drugi można się dostać na piechotę w nieco ponad dwie godziny. Parę razy sprawdzałem. Co prawda nogi potem bolały niemiłosiernie, ale przynajmniej wiem, że się da.


***


Kwadrans później jestem na miejscu.

Stoimy pod bramą jednej z kamienic przy ulicy Reja. Miejsce zbrodni odgrodzono żółtą taśmą, wokół ciała młodej dziewczyny uwija się kilku techników. Pochylam się nad leżącą na plecach denatką. Jej brzuch wygląda jak otwarta puszka z konserwą. Od specyficznego, metalicznego zapachu krwi, robi mi się niedobrze.

To musiała być ładna dziewczyna. Długie blond włosy, delikatnie opalona skóra, małe stopy z pomalowanymi bezbarwnym lakierem paznokciami. Sądzę, że gdyby nie rozpruty brzuch, byłaby naprawdę piękna.

Słońce dzisiaj grzeje solidnie, więc zdejmuję płaszcz, bo jest mi gorąco. Po chwili spośród policjantów i tłumu gapiów wyławia mnie wzrokiem Jasiński. Podchodzi do mnie z tym swoim wielkim skoroszytem w ręku i nie może się doczekać, aż zacznę zadawać pytania.

– No to co mamy? – pytam.

Jasiński niecierpliwe otwiera swoją tajemniczą księgę. Zdążył już nawet zrobić notatkę.

– W kieszeni kurtki zmarłej znaleźliśmy portfel z dowodem osobistym i prawem jazdy – wyjaśnia, to patrząc na mnie, to znów w swoje notatki. – Ciało należy do niejakiej Karoliny Mireckiej, urodzonej w 1990 roku we Włocławku…

– Mhm. A co ofiara robiła w Toruniu?

– Pewno studiowała… – Jasiński wzrusza ramionami.

Patrzę na niego z pobłażaniem.

– Po pierwsze: jest środek wakacji. Po drugie: dziewczyna miała już 24 lata, więc na dobrą sprawę w czerwcu powinna była skończyć studia. Nie możesz z góry zakładać, że każda martwa dwudziestoparolatka w tym mieście była studentką.

Jasiński uśmiecha się głupkowato. Przyznaje mi rację i przeprasza. Pytam, czy rozmawiał ze świadkami.

– Świadków nie ma – wzdycha. – Godzinę temu facet nazwiskiem Baryłka zauważył zwłoki pod blokiem, chyba akurat wychodził z psem na spacer.

– Rozmawialiście z nim?

– Tak, ale on nic więcej nie wie.

Milczę. Przyglądam się ciału.

– Wygląda na to, że dziewczyna została wypchnięta z samochodu.

– Skąd pan wie?

Wskazuję na lewy łokieć i ramię denatki.

– Widzisz? Ktoś, nawet nie zatrzymując się, wyrzucił ją z auta, stąd najprawdopodobniej te otarcia…

– Myśli pan, że dziewczyna jeszcze wtedy żyła?

– Być może. Ale z takim rozoranym brzuchem, śmierć to kwestia kilku godzin.

– Czemu morderca to zrobił? – pyta Jasiński.

Rozkładam bezradnie ręce.

– Pewno ją torturował… – odpowiadam, a potem wstaję i zwracam się do techników: – Zabierzcie ciało do prosektorium, póki jeszcze dziennikarzyny nie zleciały się jak muchy do gówna.


***


Sprawa morderstwa Karoliny Mireckiej ciągnie się od dobrych dwu tygodni. Ani ja, ani moi ludzie praktycznie niczego w tym czasie nie zdołaliśmy się dowiedzieć. Rozmawialiśmy z koleżankami zamordowanej, od których tego feralnego ranka wracała. Podobno wszystkie trzy były na imprezie. Mirecka tańczyła z kilkoma typami, ale nic ponad to. Około piątej nad ranem koleżanki Mireckiej wróciły do domu, ona natomiast bawiła się dalej w najlepsze.

Rozmowa z rodzicami zamordowanej także nie przyniosła żadnych konkretnych informacji. Było mi ich naprawdę żal. Do momentu, gdy matka Mireckiej wpadła w histerię. Rzuciła się na mnie i o mało co nie rozorała mi gęby paznokciami. Pieprznięta baba. Tak jakbym to ja był winny śmierci ich córki.

Ojciec natomiast długo nic nie mówił. Jako emerytowany policjant wiedział, jak sobie w takich sytuacjach radzić; wstał, poszedł do barku, nalał sobie szklankę wódki i wypił duszkiem.

– Nie wiem, w jaki sposób to zrobicie – powiedział, zaciskając pięści w złości – ale musicie dorwać skurwysyna, który zabił moją córkę. Po prostu musicie.

Żadnego punktu zaczepienia. Rozmawiałem osobiście z właścicielem dyskoteki, w której bawiły się dziewczyny. Nie był skory do rozmowy, pewno w obawie, że zamknę mu ten lokal albo pójdzie fama, że po „Milionie” krąży seryjny morderca i skończą się zyski z weekendowych imprez. Odesłał mnie jednak do jednej z kelnerek, która pracowała w tamtą noc.

Przedstawiam się i informuję, w jakiej przychodzę sprawie. Wyciągam fotografię Mireckiej.

– Pamiętam tę dziewczynę – przypomina sobie dwudziestoczteroletnia brunetka o imieniu Marta. – Ta cała Mirecka bywała u nas bardzo często. Czasami przychodziła sama.

– Sama? Na imprezę? – dziwię się.

Kelnerka kiwa głową.

– No i co robiła? – ciągnę ją za język.

– Urzynała się jak świna albo podrywała facetów. To zwykła dziwka.

Zaczyna się robić ciekawie.

– Mówisz to, bo jej nie lubisz, czy to oznacza, że Mirecka szukała gości, którzy zapłaciliby jej za seks?

– Tego nie wiem – odpowiada kelnerka – choć takie chodziły słuchy. Kilka razy była tak pijana, że znajdowaliśmy ją zarzyganą i nieprzytomną w łazience. Innym razem jacyś faceci naśmiewali się z niej, mówili, że jest „małą kurewką”. Ona udawała, że ich nie słyszy, ale potem całą noc zamawiała wódkę i piła, aż padła pod stolikiem. Chyba chciała w ten sposób zagłuszyć swój wstyd.

– Musiałyście się dobrze znać, skoro tyle o niej wiesz – mówię.

Chwila milczenia. Marta wyciera szklankę i odstawia na półkę.

– Po prostu widziałam, co ona ze sobą robi. Raz nawet nie potrafiła powiedzieć, gdzie mieszka, więc po pracy wzięłam ją do siebie. Jak wytrzeźwiała, zerwała się z łóżka i bez słowa wybiegła z mieszkania.

– Rozmawiałyście potem?

Smutnieje i kręci przecząco głową.

– Potem dowiedziałam się, że nie żyje.

Nie mam więcej pytań. Zostawiam swoją wizytówkę na wypadek, gdyby dziewczynie coś się przypomniało i wychodzę.


***


Spotykam się raz jeszcze z koleżankami Mireckiej. Powinienem wziąć ze sobą Jasińskiego, ale udało mi się wymknąć z komendy niezauważonym. Całe szczęście, bo nie mogę już patrzeć na ten jego pieprzony skoroszyt, z którym się nigdy nie rozstaje.

Dziewczyny wynajmują niewielkie mieszkanie w wieżowcu na Rubinkowie. Lipcowy upał sprawia, że wchodzę do mieszkania zasapany i mokry od potu.

– Może szklankę wody? – proponuje od drzwi Kasia.

– Chętnie, tylko zimną.

Siadamy przy stole w kuchni. Dziewczyny dopytują, jak przebiega śledztwo. Nie mogę im powiedzieć, że nijak i że pewno gówno ustalimy, bo nie mamy żadnego punktu zaczepienia. Mówię więc wymijająco, że jesteśmy na dobrej drodze do zidentyfikowania sprawcy.

– To dobrze – odzywa się Wiktoria. – To, co się stało, jest straszne! Ten skurwysyn, który to zrobił, powinien wisieć! Jak można komuś rozpruć brzuch i zostawić jak śmiecia na ulicy – krzywi się, blednie.

Nagle słyszę kroki w korytarzu i do kuchni wchodzi młody mężczyzna w samych bokserkach. Jest szczupły i ma nie więcej, niż dwadzieścia pięć lat. Kasia podrywa się z taboretu i podchodzi do niego.

– Och, Piotrek, idź się ubierz! Mamy gościa.

Chłopak rozgląda się trochę nieobecnym wzrokiem. Wreszcie mnie dostrzega.

– Ojej, przepraszam pana – rumieni się, zakłopotany – myślałem, że nikogo nie ma…

– Nic się nie stało – macham ręką. – Podkomisarz Sławomir Krok.

Ściskam mu dłoń. Wyraźnie wyczuwam niechęć ze strony chłopaka.

– Piotr – przedstawia się. – Po co pan tu przyszedł?

– Podkomisarz Krok prowadzi śledztwo w sprawie morderstwa Karoliny – wyjaśnia Wiktoria.

– Mhm – kiwa głową Piotr. – To wy tu sobie gadajcie, ja tylko sok wezmę…

Kiedy wraca do pokoju, Kasia gotowa jest mnie wręcz przepraszać za jego niekulturalne zachowanie.

– Piotr nie zawsze taki jest, po prostu bardzo przeżywa śmierć Karoliny i bywa trochę skołowany…

– Rozumiem, nic się nie stało.

– Wie pan, to był dla nas wszystkich ogromny szok – ciągnie dalej Kasia. – A Piotr to poeta, więc sam pan wie, jest bardzo wrażliwy… Wciąż trudno mu się pogodzić z tym, co się stało…

Kiwam głową. „Może i poeta – myślę sobie – ale patrząc na ten zamulony wyraz twarzy, Piotr to przede wszystkim wielki miłośnik jointów”.


***


Miesiąc później spotykam się z dziennikarzem popularnego tygodnika. Ludzie chcą wiedzieć, w jaki sposób zidentyfikowałem sprawcę głośnego morderstwa studentki z Torunia.

Umawiamy się w przytulnej knajpce na Szerokiej. Jest środek lata, żar leje się z nieba, wybieramy więc stolik w klimatyzowanym pomieszczeniu w środku lokalu.

– Prawdopodobnie nigdy nie ujęlibyśmy mordercy, gdyby nie moja wizyta w mieszkaniu, które wespół z koleżanką wynajmowała jego dziewczyna. – mówię, popijąc mrożoną herbatę. – Dużo w tym wszystkim przypadku.

– A czy to prawda, że Kozielski był zakochany w swojej ofierze? – dopytuje dziennikarz.

Kręcę przecząco głową.

– Ani trochę. Kozielski kochał swoją dziewczynę, byli razem od trzech lat.

Pismak wygląda na zbitego z tropu.

– To ja już nic nie rozumiem… – wzdycha.

Poprawiam się na krześle, przygotowując się do dłuższego monologu.

– Tak jak mówię, Piotr Kozielski bardzo kochał swoją dziewczynę. Troszczył się o nią, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Jednak kiedy Katarzyna Obremska, czyli jego dziewczyna, zaczęła się przyjaźnić z Mirecką, mroczna natura chłopaka dała o sobie znać.

– Czy to dlatego, że Mirecka była prostytutką?

– Tak. Kozielski próbował ustrzec swoją dziewczynę przed zgubnymi wpływami Mireckiej, lecz Obremska, mająca dość uległy charakter, szybko poddała się wpływom nowej przyjaciółki… Spotykały się i imprezowały. Mirecka, znana ze swojej towarzyskiej natury, coraz częściej zaczęła zabierać Katarzynę na dyskoteki. Kozielski był z tego powodu zły, by nie powiedzieć: wręcz wkurwiony. Para coraz częściej się kłóciła, bo Kozielski chciał, by Obremska zostawała z nim w domu, ta zaś wolała ganiać z nową przyjaciółką po klubach. Dodatkowo obie przygarnęły do siebie Wiktorię Strugę, przyznać trzeba, niezbyt lotną ani urodziwą dziewczynę, która z chęcią zaprzyjaźniła się się z popularniejszymi koleżankami. Mirecka miała coraz większy wpływ na obie dziewczyny, a Kozielski – wiedząc, czym Włocławianka trudni się w przerwach wolnych od studiowania – obawiał się, że wciągnie w ten proceder także jego dziewczynę. Wpadł więc na pewien pomysł. Któregoś dnia, gdy Obremska pojechała na weekend do rodziców, postanowił iść do „Miliona”. Wiedział, że Mirecka jest stałą bywalczynią klubu, liczył więc na to, że i tego wieczora ją tam spotka. Nie mylił się – studentka jak zwykle pojawiła się w klubie i jak zwykle urżnęła się w trzy dupy, a potem podrywała facetów. Z jednym takim wyszła z klubu. Para pojechała na Reja, do mieszkania mężczyzny. Tymczasem Kozielski ruszył w ślad za nimi. Do rana czekał na Mirecką pod kamienicą. Powiedział mi, że chciał z nią tylko porozmawiać, ale nie do końca mu w to wierzę.

Dziennikarz kiwa w zadumie głową.

– No właśnie – mówi – przecież ofiara miała rozpruty brzuch, a w aucie mordercy znaleziono tasak, prawda?

– Jest pan świetnie poinformowany. No więc, rano Mirecka wyszła od tamtego faceta i w bramie spotkała Kozielskiego. Mężczyzna poprosił ją o rozmowę. Mirecka zgodziła się, bo znała go dość dobrze. Kozielski zaproponował, że podwiezie ją do domu, ale po drodze zatrzymali się w lesie. Błagał Mirecką, by dała spokój jego dziewczynie, bo sprowadza ją na złą drogę. Ale Mirecka wyśmiała go, a Obremską nazwała „głupią dupą, która nie daje jej spokoju”. Wywiązała się między nimi sprzeczka. W pewnym momencie Mirecka spoliczkowała chłopaka. Kozielski, niewiele myśląc, wyciągnął spod siedzenia tasak i zadał Mireckiej cios w brzuch.

– Swoją drogą, skąd miał tasak w samochodzie? – dziwi się dziennikarz.

– Narzędzie zbrodni Kozielski zabrał z domu. Jego ojciec jest masarzem – odpowiadam. – Chłopak twierdził, że chciał tylko postraszyć Mirecką, ale – cytuję – „wyszło inaczej”… Mirecka momentalnie straciła przytomność. Po paru minutach Kozielski zdał sobie sprawę, że dziewczyna nie żyje. Zaczął panikować. Ubzdurał sobie, że jeśli ciało podrzuci pod kamienicę na Reja, to może nie wyjdzie na jaw, że to on zabił dziewczynę. Tamtejsza okolica nie należy do bezpiecznych, a porzucenie ciała w bramie obszczanej kamienicy miało gwarantować, że policja uzna za sprawcę jakiegoś okolicznego menela… Kozielski, jak pomyślał, tak zrobił. Resztę już pan na pewno wie z mediów.

Dziennikarz kiwa głową, poprawia okulary. Zapisuje coś w swoim notesie.

– Dobrze – mruczy pod nosem. – To jeszcze jedna rzecz, o którą chciałbym zapytać… Jak pan doszedł do tego, kto jest mordercą?

Uśmiecham się z satysfakcją. Ile już razy odpowiadałem na to pytanie? Mówię to, co zwykle w takich sytuacjach.

– Drogą dedukcji, szanowny panie. Drogą dedukcji…

poniedziałek, 8 września 2014

SERIALE: "The Power", czyli dobry gangsterski serial

Początkowo podchodziłem do tego serialu sceptycznie. Wydawało mi się, że będzie to kolejna historia o gangsterach w Nowym Jorku, jakich powstało już co najmniej kilkadziesiąt. W dodatku serial wyprodukował 50 Cent, sądziłem więc, że niczego szczególnego nie powinienem się po "The Power" spodziewać...

Pierwszy odcinek, delikatnie mówiąc, nie zachwycił, choć zaczął się, zgodnie z przykazaniem Hitchcocka, od trzęsienia ziemi. Oto "na dzień dobry" obserwujemy, jak wysoko postawieni gangsterzy rozliczają się z jakimś nic nieznaczącym pionkiem. Jeden strzał i... koniec. Później jednak zrobiło się mniej brutalnie - James St. Patrick, czyli głowa gangu, w nowo otwartym przez siebie klubie spotyka miłość sprzed lat - Angelę Valdez. Dalszy schemat powinniście znać - James i Angela wspominają stare dzieje, zaczynają coraz częściej się spotykać, wspólne lunche przeciągają się do wspólnych kolacji, a to ostatecznie doprowadza ich do romansu. Jamiemu, jak pieszczotliwie nazywa go Angela, nie przeszkadza w tym oczywiście fakt, że ma żonę i trójkę dzieci.

Tymczasem po ulicach Nowego Jorku zaczyna krążyć nowa jednostka policyjna, która ma na celu zidentyfikowanie groźnego dostawcy narkotyków. James St. Patrick i jego wspólnik - Tommy Egan, nie zdają sobie jeszcze sprawy z tego, że i oni mogą się znaleźć na celowniku policji. Nie wiedzą, że to właśnie o nich chodzi mundurowym. Obaj bowiem wprowadzają na ulice spore ilości narkotyków. Widz obserwuje na zmianę ich pracę oraz romanse (bo i Tommy poznaje w końcu dziewczynę, która wydaje mu się "tą jedyną"). Co ciekawe, obserwując relacje między Jamesem a Angelą tylko widz wie, że On jest gangsterem, a Ona - policjantką z wyżej wspomnianej jednostki...

Z biegiem czasu Jamesa St. Patricka nachodzą pewne wątpliwości, co do prowadzonego życia. Najchętniej rzuciłby w diabły niebezpieczną robotę, rozwiódł się z żoną i zajął wyłącznie legalnym klubem. Nie tak łatwo jest jednak spalić za sobą wszystkie mosty. Klub służy jako pralnia pieniędzy, a Tommy, jego wspólnik i najlepszy przyjaciel zarazem, na pewno nie pozwoliłby Jamesowi odejść z interesu. Panowie w dodatku nie są tak do końca niezależni - nad sobą mają jeszcze grubszą rybę, a do wyjścia z więzienia szykuje się ich dawny pracodawca Canan, w którego wcielił się 50 Cent.

Nie będę zdradzał całej fabuły. Ale z czystym sumieniem polecam ten serial. "The Power" ma tylko 8 odcinków, lecz stacja Starz zamówiła już podobno kolejny sezon. Aktorzy trzymają wysoki poziom, rzekłbym nawet, że dzięki nim uważam ten serial za jedną z najlepszych gangsterskich historii jakie widziałem (a widziałem sporo). Jedyne co mnie irytowało, to długie i jakby na siłę wepchnięte sceny erotyczne, które w żaden sposób nie popychały akcji do przodu.

Ciekawostką jest także fakt, że aktor grający wspólnika St. Patricka - Tommy'ego Egana to... Amerykanin polskiego pochodzenia, Joseph Sikora. Stworzył on w "The Power" naprawdę ciekawą postać - Tommy to skrzyżowanie Holdera z "The Killing"... z Eminemem, z czego zresztą wiele razy bohaterowie stroją sobie żarty, bo Tommy jest jedynym białasem w ekipie, w dodatku na samym szczycie gangu. Aż dziwne, że na okładce serialu widnieje tylko postać Omari Hardwicka, czyli serialowego Jamesa, skoro Sikora kilka razy mocno przyćmił go swoją grą. Rozumiem jednak, że Hardwick jest bardziej znany i pewnie to było głównym powodem, dla którego znalazł się na tej okładce.

Sporo do serialu wnoszą także postaci drugoplanowe - żona Jamesa, Tasha (w rzeczywistości jest to piosenkarka Naturi Nauhgton), która początkowo wkurzała, a potem zrobiło mi się jej wręcz żal, kiedy jej postać zmieniła się w zrozpaczoną, zdradzaną żonę. Dobrze radzi sobie także niejaki Sinqua Walls, serialowy Shawn, syn Catana. To chyba najmniej znany aktor z obsady, który w "The Power" gra zakochanego w Tashy kierowcę Jamesa St. Patricka.

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Otóż, nie miałbym pewności, że Joseph Sikora to Polak, ponieważ w internecie niewiele na jego temat można znaleźć... gdyby nie odpisał mi na Twitterze:
Tak więc, tym bardziej polecam "The Power". :)

piątek, 5 września 2014

SERIALE: 5 seriali komediowych, które powinieneś obejrzeć

Komedia od zawsze jest jednym z ulubionych gatunków tak literackich, jak i telewizyjnych. Wszyscy oglądaliśmy "Świat według Bundych", śledziliśmy losy Kevina Arnolda w "Cudownych latach" czy śmialiśmy się z głupich żartów w sitcomie "Scrubs"... Co najważniejsze - każdy z tych serialu rozgrywał się w innej grupie społecznej; z przymrużeniem oka można spojrzeć nie tylko na życie sprzedawcy butów (vide wspomniany "Świat według Bundych"), ale i na życie codzienne studentów amerykańskiej uczelni - jak w "Blue Mountain State". Poniższe zestawienie w krótkich opisach streszcza 5 seriali; część z nich na pewno dobrze znacie, a jeden czy dwa zapewne będzie dla Was zupełnym no'namem.

1. Blue Mountain State
 Ten serial przypadnie do gustu przede wszystkim fanom "American Pie" i wszystkich innych szarlotkowopodobnych tworów filmowych. "Blue Mountain State" w Polsce nadaje ponoć MTV Polska (nie wiem, bo oglądałem tylko przez internet) a doczekało się już 39. odcinków. Serial opowiada o studentach-futbolistach i ich barwnym życiu sportowym oraz rozrywkowym. Jak więc się łatwo domyślić - znajdziecie tu dużo seksu, imprez i czasem wręcz prostackich żartów. Wytrzymałem tylko kilka odcinków, ale może komuś spodoba się bardziej.

2. Brooklyn Nine-nine
Ulubiony serial komediowy mojej dziewczyny, choć we mnie wzbudza on mieszane uczucia. Akcja "Brooklyn Nine-Nine" dzieje się na jednym z nowojorskich posterunków, w środowisku dość... nietypowych policjantów. Pracują tu między innymi młody i żądny sukcesów, lecz nieco fajtłapowaty detektyw Jake Peralta (w tej roli świetny Andy Samberg), mięśniak Terry Jeffords (czyli Terry Crews, którego na pewno kojarzycie z serii reklam Old Spice), a nad wszystkim pieczę trzyma zawsze poważny kapitan Ray Holt (Andre Braugher, znany m.in. z "Fantastycznej Czwórki"). Serial zdobył całkiem spore grono widzów i pewnie wkrótce wystartuje drugi sezon.

3. Cougar Town
Początkowo "Cougar Town" było emitowane w ogólnodostępnej telewizji ABC, później jednak nastąpiły jakieś roszady na szczycie, i obecnie "Miasto kocic" emitowane jest przez kablówkową TBS. Serial, opatrzony dość niefortunnym tytułem, który nie wiadomo dlaczego jest taki jaki jest, skupia się na losach 40-kilkuletniej Jules Cobb, czyli znanej z kultowych "Przyjaciół" Courteney Cox, oraz jej przyjaciołach i najbliższej rodzinie. W 1. sezonie Jules dopiero co rozstała się z nieodpowiedzialnym mężem i samotnie wychowuje 17-letniego syna. Za namową przyjaciół, postanawia zmienić coś w swoim życiu i znów umawia się z facetami. Krótko mówiąc, 40-latka zaczyna życie na nowo.

4. Modern Family
Z całą pewnością "Modern Family" znają wszyscy. Nie sposób nie znać, skoro od początku emisji serial zdobywa wszystkie znaczące nagrody, wciąż ma dużą oglądalność, a jedna z aktorek (Sophia Vergara) należy do najlepiej zarabiających aktorek w USA. Historia kilkupokoleniowej i barwnej rodziny bawi od 2009 roku, a za sukces należy chyba głównie uznać kontrowersyjne problemy, które tu poruszono; homoseksualne małżeństwo z adoptowanym dzieckiem oraz stereotypową kolumbijską żonę Jaya Prichetta (niezapomniany z roli Ala Bundy'ego, Ed O'Neill), w dodatku sporo od niego młodszą. Warto obejrzeć, szczególnie warte uwagi są 2 pierwsze sezony.

5. The Middle
A to mój ulubiony, choć prawdopodobnie najmniej znany serial ze wszystkich tu wymienionych. Nie jest on popularny nawet w USA, a szkoda, bo to dobra historia o zwyczajnej rodzinie, która na co dzień musi zmagać się z problemami finansowymi i wychowawczymi. Głowa rodziny - Mike - jest budowniczym, a jego wiecznie znerwicowana żona Frankie początkowo pracuje w salonie samochodowym, lecz z uwagi na kryzys traci robotę i musi sobie znaleźć nowe zajęcie, by jakoś wiązać koniec z końcem. Szczególnie ciekawą rolę ma tutaj niejaki Atticus Shaffer - 16-letni aktor cierpiący na genetyczną chorobę wrodzonej łamliwości kości typu IV. Wykreowana przez niego postać to żyjący w świecie książek Brick, który zupełnie nie umie przystosować się do życia w społeczeństwie, w związku z czym wiele razy wpada w różne kłopoty towarzyskie. O ile mi wiadomo, "The Middle" w Polsce emituje HBO pod nazwą "Pępek świata".

czwartek, 28 sierpnia 2014

RECENZJA PŁYTY: Slaine - "The King of Everything Else"

Jeszcze pół roku temu nie pomyślałbym, że Slaine wyrośnie wkrótce na najciekawszego rapera z obozu LCN i całej gamy hardcore'owych raperów z USA. Jego zeszłoroczna płyta "The Boston Project", na którą zaprosił większość swoich bostońskich kolegów, była dobra, ale nie na tyle, by ją uznać za jakieś szczególne wydarzenie 2013 roku (choć jeden z singli był mocarny). Zupełnie inaczej jest natomiast w przypadku najnowszej "The King of Everything Else".

Slaine to raper ze sporym doświadczeniem scenicznym i studyjnym, choć karierę - jak na obecnie 37-latka - zaczynał dość późno, bo 11 lat temu. Wtedy to rozpoczął współpracę z Jaysaunem i Edo G'm, z którymi założył skład Special Teamz. Raperzy wydali debiutancki album w 2005 roku, a potem kariera Slaine'a już się sama potoczyła, i trwa do dzisiaj, bez szczególnych wzlotów ani upadków.

Choć "bez wzlotów" to chyba jednak złe określenie...  George Carroll, bo tak naprawdę nazywa się ów bostoński raper, zdążył w ciągu dekady nagrać album ze wspomnianym składem Special Teamz, potem 2 albumy z La Coka Nostrą i 3 solówki. Do tego rozpoczął całkiem udaną karierę aktorską, choć jak dotąd, grywał jedynie drugoplanowe role. Z aktorstwem Slaine'a wiąże się jednak ciekawa anegdota. Otóż, w 2007 roku Ben Affleck przygotowywał się do wyreżyserowania filmu pt. "Gone Baby Gone". Któregoś dnia trafił na ciekawy artykuł w gazecie Boston Herald. Tekst dotyczył Slaine'a, a osoba rapera tak się Affleckowi spodobała, że postanowił do niego zadzwonić i zaproponować mu rolę w swoim filmie. Slaine przystał na ofertę i zagrał postać Alberta "Gloansy'ego" MacCloana - bostońskiego członka gangu. Od tej pory pojawił się na dużym ekranie kilkakrotnie, partnerując takim tuzom kina jak wspomniany Affleck, Brad Pitt ("Killing Them Softly") czy Harvey Keitel ("God Only Knows"). Oczywiście zapracowany Slaine ani myślał porzucać karierę muzyczną na rzecz aktorstwa. I całe szczęście. Aktorem jest niezłym, ale raperem o wiele lepszym, co potwierdza szczególnie jego najnowsza płyta.

"The King of Everything Else" w warstwie tekstowej nie różni się niczym od wcześniejszych dokonań rapera. Slaine wciąż pisze mroczne teksty, rozlicza się z przeszłością, wspomina o dziecku i byłej żonie, z dystansem podchodzi do swojego wyglądu i wagi... Dodatkowo bawi się swoim, i tak mocnym i interesującym flow, przyśpiesza, podśpiewuje... A ja, jako wierny fan Vinniego Paza i Ill Billa z przykrością muszę stwierdzić, że w obecnej chwili Slaine zjada w całości swoich kolegów po fachu.

"TKoEE" to płyta jakich obecnie wychodzi naprawdę niewiele. Materiał nie ma słabszych momentów, jest bardzo równy i różnorodny. O wielkości Slaine'a dowodzą przede wszystkim takie utwory, jak świetne "Bobby Be Real" z gościnnym udziałem Tech N9ne'a i Madchilda, "The Years" czy naładowane emocjami "Our Moment" i mój faworyt - "Defiance" ze świetnym śpiewanym refrenem. Do tego bity, w których na pierwszy plan za każdym razem wysuwają się mocne bębny i bas, a wyprodukowali je m.in. Dj Lethal i Statik Selektah. Brzmi zachęcająco?

Cieszy mnie fakt, że Slaine nagrał taką płytę. Zawsze był raperem solidnym, tylko brakowało mu więcej werwy i promocji. Nigdy nie odstawał od ekipy LCN czy swoich kolegów, w rodzaju Madchilda czy Vinniego. Ta płyta potwierdza, że jest na dobrej drodze, by nawet stać się o wiele lepszym raperem od nich. I wreszcie z czystym sumieniem mogę polecić materiał Slaine'a nie tylko fanom hardcore'owych raperów.

wtorek, 26 sierpnia 2014

SERIALE: "The Strain", czyli spodziewaj się niespodziewanego

Pierwszy odcinek oglądałem zupełnie bez emocji. Ot, historia jakich w kinie i telewizji było już wiele; w samolocie pasażerskim, który lada chwila ma lądować, dzieją się dziwne rzeczy. W "Wężach w samolocie" niebezpieczne okazały się... węże (odkrywcze, nie?), w "Planie lotu" z pokładu zniknęła 6-latka i nikt nie wiedział, jak to możliwe, a w "Non-stop" Liam Neeson usiłował pokrzyżować plany niebezpiecznym porywaczom... W "The Strain" natomiast największym problemem okazuje się... potwór, który tuż po lądowaniu zabija ponad 200 osób.

Brzmi tandetnie? No i trochę takie "The Strain" jest. Widząc po raz pierwszy to skrzyżowanie Santa Muerte z Hulkiem nie wiedziałem, czy powinienem się śmiać czy bać. Specyficzny obraz wyreżyserowany przez Guillermo del Toro przywodzi na myśl klasyczne horrory z lat 80., z drugiej strony jednak ma klimat dobrego, współczesnego horroru, który obywa się bez rozlewu morza krwi i badziewnej masy "potworów". Gdybym miał "The Strain" porównać do jakiejś innej produkcji, powiedziałbym, że to połączenie "The Walking Dead" z "Zagubionymi". Największy minus jest taki, że po obejrzeniu 2 odcinków wciąż nie wiem, czy to serial o zombie, czy o wampirach.

Akcja serialu skupia się na doktorze Ephraimie Goodweatherze (serio, można się tak nazywać?), który jest szefem Centrum Chorób Zakaźnych w Nowym Jorku. Oczywiście z racji wykonywanego zawodu i pracoholizmu, dr Goodweather został porzucony przez żonę, no i leczy się z alkoholizmu. Jest więc wątek prywatny, i to dość oklepany. Lądowanie tajemniczego samolotu w Nowym Jorku i nadejście epidemii, która się z tym wiąże, to - jak się wydaje - największy problem w karierze zawodowej Goodweathera, z jakim przyszło mu się zmierzyć. Sprawę jeszcze bardziej komplikuje fakt, że 4 osoby nagle się wybudzają, a 12 kolejnych... ucieka z kostnicy po zabiciu patologa.

Równie ważną postacią w serialu jest profesor Abraham Setriakan. Staruszek obecnie prowadzi sklep z antykami, lecz na zapleczu hoduje w słoiku bestię, która żywi się jego krwią. Robi to dlatego, by ratować ludzkość. To też brzmi dziwacznie? Owszem. Nie wiadomo zresztą, co ma wspólnego z tajemniczą bestią, która pojawiła się w samolocie. Być może łączy ich fakt, że samolot leciał z Berlina, a profesor Setriakan ma wytatuowane numery na ręku. Może był w obozie koncentracyjnym? Może ów potwór to jakiś hitlerowski wynalazek sprowadzony teraz do USA? Nie wiadomo. Trzeba jednak przyznać, że "The Strain" ogląda się całkiem dobrze.

Pomysłodawcą i reżyserem serialu jest, jak wcześniej wspomniałem, Guillermo del Toro. Ten meksykański reżyser, znany z takim filmów jak "Labirynt Fauna" czy "Pacific Rim" jest również pisarzem, a "The Strain" powstał na bazie kilku jego powieści. W swoim najnowszym dziele świetnie pokazał mroczny klimat Nowego Jorku, nieco komiksowy i przykuwający uwagę widza. Mam tylko jeden problem z tym serialem, o którym napisałem kilka akapitów wyżej: nie wiem, kiedy się śmiać, a kiedy bać. Ów potwór z jednej strony wydaje się straszny, z drugiej przywodzi na myśl filmowe wynalazki kina klasy "C", do których już dawno wszyscy się przyzwyczailiśmy. Efekty specjalne czasami także nie powalają (np. gdy w 2-gim kilkulatka wysysa krew swojemu ojcu, a z jej ust wychodzi półmetrowy język - o co chodzi?!). Na razie jednak mam zamiar kontynuować przygodę z tym serialem, choćby dlatego, że wygląda jak zagubiona w latach 80. taśma twórców "Martwicy mózgu" czy innego "Halloween 15".